Menu

Okiem obserwatora

Blog o problematyce społecznej i o Cieszynie. Z przerywnikami fotograficznymi przyrodniczymi i krajobrazowymi.

Suweren

missjonash

Dziś będzie o moim ukochanym Cieszynie ku przestrodze!

Jakieś trzy tygodnie temu... Albo nie, od początku będzie łatwiej... Dawno, dawno temu jeszcze za kadencji poprzedniej władzy samorządowej zlikwidowano w Cieszynie PKS, a teren dworca i przystanków sprzedano prywatnemu inwestorowi. Budynek dworca (możliwe, że z zewnątrz nie wyglądał najpiękniej, ale w środku przeszedł gruntowny remont i pełnił swoje funkcje całkiem przyzwoicie) został rozebrany, a na jego miejscy zaczął sobie rosnąc las młodych drzewek... Przez bardzo długi czas nic się tam nie działo. Jednocześnie rozpoczęła się procedura wyłanianie nowej koncepcji miejsca przesiadkowego łączącego punkt przesiadkowy autobusów (zjeżdżają do Cieszyna z całego powiatu, a także z województwa i dalszych zakątków kraju) oraz PKP. Nie będę się rozpisywać nad konkursem, nad konfliktem miasta i inwestora z terenu po PKS'ie i nad wieloma innymi sprawami. Grunt, że przez dziesiątki miesięcy mieliśmy w centrum miasta miejsce rodem z koszmarów PRL. I pewnego dnia zbiegło się w czasie początek robót na ternie PKP (gdzie będzie punkt przesiadkowy) i początek budowy nowej galerii handlowej na miejscu byłego PKS (tereny położone po dwóch stronach ulicy Bobreckiej, w ścisłym centrum Cieszyna)...

Teraz już mogę zacząć tak jak na początku. Trzy tygodnie temu na ulicy Chrobrego (ścisłe centrum miasta położone może z 400 metrów od obu placów budowy) pojawiły się znaki takie przenośne, które byle dowcipniś może poprzestawiać dla żartu, informujące o zakazie parkowania i zmianie organizacji ruchu. Potem zaczęto karać mieszkańców, którzy nieopatrznie stanęli pod swoim domem na dawnym parkingu, a w kolejnym dniu pojawiły się znaki oznaczające przystanki różnych przewoźników. W kolejnym dniu pojawił się kosz na śmieci, wąska wiata. I rozpoczął się koszmar mieszkańców kamienic. W ciągu doby po tej ulicy przejeżdża bodaj 127 autobusów, znaczna część to 15 tonowe autokary przeznaczone na dalekie trasy. Przez te przystanki przewijają się dziennie tysiące ludzi. Zaczęli sikać pod drzewami i w ogóle gdzie się da (i nie tylko sikać), palić i przeklinać pod oknami. Natomiast kierowcy autobusów czekających na odjazd okresowo porządkują swoje autobusy, myjąc elementy, wytrzepując dywaniki i takie tam. Codziennie autobusy stojące jedne za drugimi po kilkanaście minut stały z włączonymi silnikami. Słowem armagedon: smród (bo tymczasem pojawiły się 2 Toi - Toi'e), ale większość z nich nie korzysta, spaliny, wrzaski, hałas włączonych silników (kilku na raz), manewrowanie między wieloma autobusami samochodów osobowych, wibracje zagrażające bardzo starym kamienicom i drodze rozjeżdżanej (przypominam: ponad 100 dziennie) przez autokary. Obrazki jak to wygląda można pooglądać na stronie Facebookowej NIE dla postoju autobusów na Chrobrego w Cieszynie. Na dodatek w najbliższym sąsiedztwie jest przedszkole. Pasażerowie i kierowcy nie stronią nawet od sikania do ogródka przedszkolnego...

W czym jest problem? Bo ktoś powie: gdzieś to miejsce przesiadkowe musiało powstać... Problem jest w tym, że nikt się suwerena z tej (i dwóch sąsiednich) ulic nie pytał o zdanie. Były konsultacje z przewoźnikami, ale nie z prostym ludem. W końcu władza uznała, że to najlepsze miejsce. A wiceburmistrz Cieszyna Pan Aleksander Cierniak na spotkaniu z mieszkańcami protestującymi przeciwko temu rozwiązaniu stwierdził, że skala zjawisk negatywnych go zaskoczyła. Władza nie spodziewała się ani śmiecenia, ani publicznego sikania (i nie tylko), ani tego, że włączone silniki kilku autokarów na raz nie pozwolą wietrzyć mieszkań, ani tego, że chodniki, jezdnia i kamienice mogą od tonażu i hałasu porządnie ucierpieć... Tak sobie myślę, że gdyby były konsultacje to wszystko by wypłynęło na wierzch. 

Nie piszę tego żeby komuś dokopać. Piszę w nadziei, że to był już ostatni raz kiedy wprowadza się zmiany z założeniem, że władza wie lepiej. I ostatni raz szwankuje polityka informacyjna, bo o tym miejscu przesiadkowym wcześniej nie wiedział nikt: ani mieszkańcy tej ulicy, ani pasażerowie ani reszta miasta. Możliwe, że wiedzieli przewoźnicy. 

Mam szczerą nadzieję, że po spotkaniu władz (Wiceburmistrza, Zastępcy Komendanta Straży Miejskiej, Dyrektora Miejskiego Zarządu Dróg) z mieszkańcami nastąpi przełom i miejsce przesiadkowe zmieni lokalizację. To z wielu względów nie jest dobre i bezpieczne miejsce... Mam nadzieję, że Panowie przemyślą sprawę i od teraz nasze miasto będzie prowadziło sprawną politykę informacyjną. I już zupełnie na koniec: mam również nadzieję, że reprezentanci władzy będą stronili od osobistych, napastliwych wycieczek wobec mieszkańców miasta. Nawet jeśli wielokrotnie wcześniej toczyli z nimi dyskusję i mieli przeciwne zdanie. Mamy bardzo różne zdania i wizje, ale mamy też jedno miasto: nasz Cieszyn i jeśli już nie cokolwiek innego - to Cieszyn ma nas łączyć!

Paradoks cierpienia

missjonash

Wczoraj przysłuchiwałam się wystąpieniom bardzo mądrych ludzi odnoście socjologicznego obrazu współczesnego nastoletniego użytkownika sieci. Najbardziej utkwiła mi informacja, że młodzi ludzie nie buntują się, nie walczą z systemem, nie stają na barykady. Jak im się coś nie podoba to "zlewają" to lub inaczej "mają wywalone na to" lub nawet "wyje..ne". Wierzę rzetelnym i długoletnim badaniom naukowym w tym zakresie. Mam jednak swoją refleksję. I jest ona co najmniej dziwaczna dla przeciętnego odbiorcy. 

Otóż od 5 lat pracuję z nastolatkami, spotkałam ich już setki i zdecydowanie najczęściej mam do czynienia z takimi, które przeżywają głębokie cierpienie, problemy życiowe i trudne emocje. Inna sprawa jak sobie radzą z bagażem doświadczeń, który wloką na plecach. Zdecydowanie najczęściej muszą się użerać z alkoholikiem w najbliższym otoczeniu (rodzic, dziadek, rodzeństwo lub inny członek rodziny mieszkający razem i zmieniający egzystencję w piekło), zaraz potem jest brak jednego rodzica i poczucie, że z jakichś przyczyn zostało odrzucone (nie zgadlibyście jak często nastolatki mówią tę samo frazę "ojciec mnie olał, nie widziałem go 5/ 7/ 10 lat") lub obojga rodziców (adopcja czy pobyt w rodzinie zastępczej), kolejne problemy to konflikty między rodzicami poważna choroba w rodzinie lub własna choroba (np. depresja) czy niepełnosprawność...

Oni nie mają wywalone na wszystko, nawet jeśli wyglądają na takich o wiele bardziej niż ich rówieśnicy. Przeżywają cierpienie i bunt. Czują się gorsi i odrzuceni. Każdy inaczej na to reaguje. Jedni szukają grupy rówieśniczej, która da akceptację i bliskość (a, że pali się tam trawę? Trudno, są ważniejsze rzeczy niż zagrożenie karą), inni starają się zwrócić na siebie uwagę aktami wandalizmu, zachowaniami agresywnymi i wrogością, jeszcze inni udają, że mają to wszystko gdzieś, kolejni uciekają najgłębiej jak się da w świat wirtualny... Ale niemal każdy ma o wiele głębsze życie emocjonalne i przemyślenia egzystencjonalne niż ich "bezproblemowi" rówieśnicy. Muszą o wiele więcej zastanawiać się nad sensem tego wszystkiego...

Nie są szczęśliwi, szukają przyjemności, która zagłuszy ból, ale jednocześnie nie są bezmyślni. Paradoks, nie? Ale to pokazuje starą prawdę o tym, że cierpienie ma swoje zalety, że jest potrzebne w życiu jak sól i pieprz w jedzeniu. Nie da się jeść cały czas tylko słodyczy...

Na marginesie: niesamowicie ciekawym zagadnieniem jest różnicą między zachowaniem pojedynczego nastolatka (nawet największego chahara) w okolicy, a grupą takich nastolatków. Wzmocnienia jakich sobie udzielają w grupie potrafią doprowadzić do tragedii już choćby dla popisu i niemożności wycofania się z jakichś niebezpiecznych zachowań bez utraty twarzy. Z jednym delikwentem niemal zawsze da się dogadać. 

Na koniec luźno związana z tematem opowieść. Muszę to napisać już choćby dla własnej autoterapii. Spotykam pewnego młodego człowieka (dorosły, ale młody), który sam o sobie mówi i myśli jako o największym bandycie w okolicy. Przeszedł w życiu bardzo dużo: biedę, alkoholizm w rodzinie, osamotnienie i pozostawienie samemu sobie. Robił wiele bardzo złych rzeczy, ma za sobą wyroki, stara się wyglądać na groźnego. Można się go bać. Ale ja się nie boję. Bo gdy z nim rozmawiam widzę tam w środku małego chłopca spragnionego miłości, troski i przede wszystkim zainteresowania. Wstyd mi za wszystkich tych, którzy doprowadzili do tego. Nie wiem na ile da się wyprostować zaburzenie wynikające z zaniedbań na etapie wczesnego rozwoju i zaburzenie osobowości. Pewnie niewiele. Ale chociaż chce sprawiać wrażenie osoby złej do szpiku kości, to zły nie jest. Nie jest też bezmyślny. Parę razy naprawdę mi zaimponował przemyśleniami socjologicznymi. 

 

W sieci

missjonash

Wpis od lat 18. Choć niepełnoletnich za dużo to tu nie uświadczymy, to jednak ostrzeżenie musi być!

Coraz częściej podczas pracy terapeutycznej czy profilaktycznej spotykam się z problemem nadużywania i uzależnienia od mediów cyfrowych i ogólnie pojmowanych nowych technologii. Najczęściej dotyczy to uzależnienie od gier komputerowych, telefonu i używania internetu jako takiego. Ostatnio na ten temat można codziennie coś przeczytać (np. artykuły z ostatnich dni: "Kiedy komputer staje pułapką" albo nieco starszy "Cyfrowa kokaina") jednak postanowiłam i ja dorzucić coś od siebie. Bo ja ostatnio niemal codziennie spotykam coraz młodsze dzieci w opłakanym stanie. Jak myślicie jaki był najmłodszy "narkoman cyfrowy" jaki do mnie trafił?... Miał 8 lat

Bo temat jest bardzo ważny i dotyczy każdego z nas osobiście lub pośrednio. Lawinowego rozwoju nowych technologii już nie zawrócimy. Wdzierania się w każdą dziedzinę życia sieci już nie cofniemy, ale od nas zależy ile czasu nam zajmie normalne "analogowe", staroświeckie bycie ze sobą twarzą w twarz. Ile czasu poświęcimy na rozmowę, spacer, pocałunki i przytulenia...

Wiecie co mi się marzy najbardziej na świecie? Szeroko zakrojone zajęcie profilaktyczne dla rodziców bardzo małych i małych dzieci. Żeby razem z nimi wspólnie zbadać ile szkód niesie zostawienie dziecka z "cyfrową niańką" czyli tabletem czy smartfonem. Ile szkód niesie "przebodźcowanie" dziecka. Marzy mi się żeby dzieci oglądały telewizję dopiero od pójścia do przedszkola i żeby to były krótkie okresy oglądania. Żeby dzieci dostawały swój smartfon czy tablet dopiero po 10 urodzinach, żeby rodzice ustawiali limity używania PC'ów, konsoli  itp. i żeby wiedzieli jakie są limity wiekowe do używania poszczególnych gier komputerowych. I jeszcze żeby się tych limitów trzymali i nie kupowali swoim 8 czy11-letnim dzieciom GTA V. Bo w  Grand Theft Auto V są np. takie sceny:

gta3

albo takie:

gta1

o zabijaniu już nie wspomnę, bo to chyba wiedzą wszyscy. No i jeszcze są łatwe do zainstalowania mody (modyfikacje programów komputerowych), które dodają do gry możliwość gwałcenia i takich tam... Jak myślicie co dzieje się z wrażliwością  i empatią małego dziecka po pograniu w takie gry kilkaset godzin? Albo w takie (Snipers elite 3):

sniperelitev3pc2

lub nie daj Boże w takie (dla ludzi pełnoletnich o bardzo mocnych nerwach - mnie mdli gdy to oglądam):

W ciągu ostatnich dwóch tygodni rozmawiałam z kilkoma mamami małych dzieci, które same kupiły dzieciom GTA V, nie wiedząc co jest w grze i mimo iż wiedziały, że "pegi" (pan european games informaition - czyli ogólnoeuropejska informacja o grach) oznaczyła grę "18" (gra przeznaczona dla pełnoletnich odbiorców). 

Jeden z kilkuletnich chłopców, grających w strzelanki powiedział mi "lubię zabijać"... Oczywiście w grze, ale... Dreszcze przeszły mi po plecach. 

Kochany rodzicu! (a reszta jeśli może niech przekazuje dalej znanym sobie rodzicom):

1. Zawsze musisz wiedzieć w co gra Twoje ukochane dziecko i co robi w sieci;

2. Porozmawiaj z dzieckiem dopóki jest małe i ufa Ci bardziej niż rówieśnikom. Razem podowiadujcie się o zagrożeniach w sieci, o tym co znaczą znaczki "pegi" na opakowaniach gier (cyfry to wiek, od jakiego gra jest odpowiednia, pięść to ostrzeżenie o przemocy, %$%^$ - to przekleństwa, pająk - to zagrożenie uczuciem lęku, biali ludzie z czarnym człowiekiem w tle - to treści rasistowskie, kostki do gry - to ostrzeżenie o hazardzie, znaczki symbolizujące płci - to występowanie w grze seksu), o tym, że człowiek po drugiej stronie komputera nie koniecznie jest tym za kogo się podaje. Wybierzcie razem odpowiednie gry dla danego dziecka (ustal limity czasowe).

3. Spędzaj z dzieckiem dużo czasu, rozmawiaj, wyciągaj na spacery, wycieczki, zajęcia ruchowe, czytaj z nim książki, gotuj smaczne potrawy. Potem będzie za późno.

4. Jak najdłużej ograniczaj czas spędzany przed telewizorem, monitorem, telefonem. Dziecko musi nawiązać normalne więzi z żywymi ludźmi, nauczyć się rozpoznawać emocje swoje i innych, umieć rozszyfrować mimikę drugiego człowieka, nauczyć się prawidłowo mówić.

5. Zapanuj nad swoim nadużywaniem mediów cyfrowych, pokaż swoim przykładem jak ważne jest hobby, relacje i rodzina.

Truizm? Wiem, wiem... Ale codziennie przekonuję się, że masa ludzi tak tego nie traktuje. Największy problem jest z rodzicami, którzy uważają, że nie ma większych głupot niż zalecanie ograniczania czasu i rodzaju gier. Sami grają i nic im nie jest więc i dziecku nic nie będzie (pamiętajmy, że dorosłemu nawet najbrutalniejsze strzelanki mogą uczynić niewiele złego, choć o wpływie takich pozycji na wzrost agresji pisano już wiele, ale co innego u dziecka mającego 8, 10 czy 12 lat)... I z takimi, którzy mówią, że co prawda to prawda, ale nie mają wyjścia... A dziecko z laptopem tak ładnie się bawi podczas, gdy mama czy tata musi wykonać pilną i bardzo ważną pracę. A jednocześnie podziwiam takich, którzy potrafią sobie powiedzieć, że czas na zmianę! Bo przecież zmiana w naszych czasach wymaga często bardzo dużo reorganizacji, zaangażowania i czasu, którego tak bardzo nam brakuje.

Empatia i sprawiedliwość

missjonash

Myślałam, że już nie trzeba wracać do tego tematu, że już wszystko zostało powiedziane, ale okazuje się, że bardzo się pomyliłam. Przykre!

Niedawno sąd w Elblągu ukarał grzywną ofiarę gwałtu za niestawianie się na rozprawę. Trudno mi zgadnąć dlaczego sąd od razu nie zgodził się na przesłuchiwanie pokrzywdzonej za pomocą telekonferencji. Zabrakło podstawowej tytułowej empatii. (Link do artykułu w Fakcie) Tę sprawę zna chyba cała Polska. Pani Aleksandra została zgwałcona przez dwóch ratowników medycznych (sic!) w chwili, gdy powinni udzielić jej pomocy medycznej. Zamiast tego wykorzystali bezbronność i jeden z nich dwukrotnie ją zgwałcił, a drugi dokonał innego czynu seksualnego. Powtórzę: dwóch ratowników medycznych i kobieta z epilepsją podczas ataku!!! Nie zapominajmy, że zostali skazani na śmieszne kary. Mariusz C. dostał dwa lata w zawieszeniu na 5 lat (hehehe) a Jarosław G. 8 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata. Nawet trudno mi zgadnąć dlaczego tak, skoro w KK gwałt jest karany karą bezwzględnego pozbawienia wolności... 

Jaki to sygnał dla potencjalnych gwałcicieli? W Polsce nie traktujemy gwałtu poważnie, nawet w taki skandalicznych okolicznościach. Gwałciciel może sobie chodzić wolno po świecie i śmiać się ofierze w twarz, bo ta jest zmuszona widywać się z nim na kolejnych rozprawach, podczas gdy powinien być od ofiary izolowany (a tak naprawdę w opisywanym przypadku odsiadywać już wyrok za gwałt zbiorowy). Przypomnę, że Kodeks Karny mówi:

"Art 197 § 3. Jeżeli sprawca dopuszcza się zgwałcenia:
1) wspólnie z inną osobą,
(...)
podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3."

Coś jest mocno nie tak z empatią u sędziego, ale nie to jest najbardziej szokujące. Najbardziej dotknęły mnie uwagi i komentarze pod artykułami opisującymi powyższe fakty. Spotkałam się znowu z wypowiedziami typu: "no może jednak była pod wpływem alkoholu i chciało jej się pofiglować, ale potem żeby wyjść dobrze w oczach ludzi zgłosiła gwałt". Na litość! To takie komentarze potrafią skutecznie zniszczyć szczątkowe już poczucie zaufania dla aparatu sprawiedliwości. Dlaczego tak mało kobiet zgłasza gwałty? No właśnie dlatego! Pamiętacie słynny film "Oskarżeni (The Accused)" z Jodie Foster?

To zupełnie inna sytuacja, ale bardzo wyraźnie widać, że w ludziach jest przyzwolenie na gwałt, gdy kobieta jest pijana, zachowuje się swobodnie lub ma tzw. wyzywające ubranie na sobie. Podobnie jest w nas przyzwolenie na gwałt na alkoholiczce czy prostytutce. Sama suka sobie jest winna? Nieprawdaż? 

Ale tu mamy zupełnie inną sytuację. Osoba niewinna i bezradna została skrzywdzona przez ludzi powołanych do ratowania życia i zdrowia! To skąd te komentarze? Ano stąd, że próbujemy wytworzyć mechanizmy obronne przed uświadomieniem sobie, że to może spotkać każdą z nas. Bez naszej winy - tylko dlatego, że pewien mężczyzna chce zemścić się na kobiecie (kobietach w ogóle) oraz ma po prostu ochotę na seks... łatwiej wierzyć, że kogoś bez winy takie okropieństwo nie może spotkać. Prawda?

Otóż nie drodzy czytelnicy! Każda z nas (z Waszych sióstr, matek, córek) może zostać zgwałcona bez powodu. To jedno! Ale również może zostać zgwałcona, gdy ma krótką sukienkę, jest pod wpływem alkoholu (narkotyków), jest uzależniona od alkoholu... Czy gwałciciel ma do tego prawo? NIE, NIE MA PRAWA!

Jedno chcę przekazać żeby przebiło się do powszechnej świadomości: to gwałciciel jest winny i nikt inny (no i ewentualni świadkowie, którzy nie zareagowali).

Starajmy się bardzo wyważać opinie i nie wypisywać komentarzy, które mogą zranić osobę już najbardziej skrzywdzoną i które mogą zamknąć usta innym skrzywdzonym kobietom, które już nie zdecydują się zgłosić swojej krzywdy. Pomyślcie* o tym jak czuje się ktoś, kto został wykorzystany w momencie największej bezradności, nie ma sił spojrzeć na swoich oprawców, a na dokładkę musi zmierzać się bezdusznością wymiaru sprawiedliwości i idiotycznymi komentarzami w przestrzeni publicznej. Czysty koszmar!

Pani Aleksandrze życzę dużo siły, zdrowia, dobrych ludzi wspierających ją w tej batalii i żeby oddano jej życie. To życie, które miała przed obrzydliwym atakiem. I żeby oddano jej wiarę w ludzi i wymiar sprawiedliwości! Wierzę, że tak się stanie!

 

*wiem, że ten tekst trafia raczej do osób, które i tak już to wszystko wiedzą, więc może trzeba ten lub inne podobne rozpowszechniać do znudzenia...

"Oczywiście, że Ci wierzę Kasiu"

missjonash

Powinnam napisać raczej Pani Katarzyno. Dobrze, że przeczytałam tekst: "Kasiu, wierzę Ci" Natalii Białobrzeskiej, bo mnie jakoś zaćmiło i sama nie wiedziałam jak mogę zrobić choć najmniejszy gest wspierający ofiarę księdza Romana B. Sam przelew na konto Fundacji "Nie lękajcie się", która zbiera pieniądze m.in na rzecz Kasi z reportażu Justyny Kopińskiej to o wiele za mało. Zastanawiałam się co mogę zrobić od siebie i po przeczytaniu tekstu Natalii Białobrzeskiej już wiem.

Mogę jeszcze raz napisać o rewiktymizacji, o bezmyślnym krzywdzeniu osoby już dotkniętej przez los w najgorszy możliwy sposób. Szczególnie często ma to miejsce, gdy sprawca jest osobą znaną, szanowaną, działającą w zawodzie prestiżowym, a zwłaszcza w zakresie pracy na rzecz ludzi. Nie będę się tu skupiać na zawodzie oprawcy Pani Katarzyny, bo nie on jest najważniejszy. Każde działanie seksualnego drapieżnego pedofila jest tak samo makabryczne i tak samo może spustoszyć psychikę ofiary. Każdego kto ma taki odruch aby napisać, powiedzieć czy pomyśleć "to niemożliwe aby: ksiądz, pedagog, psycholog, policjant, lekarz, pracownik socjalny, adwokat itp., itd. (niepotrzebne skreślić) mógł dopuścić się takiej zbrodni" proszę aby zastanowił się przez chwilę jak czuje się ofiara gwałtów i przemocy seksualnej... Nie dość, że jej najintymniejsza sfera została zbrukana, podeptana i zgwałcona, nie dość, że myśli maniakalnie co takiego zrobiła, że ściągnęła na siebie wzrok pedofila, jak bardzo musiała być zła, że została tak ukarana przez Boga czy los, to jeszcze słyszy "kłamiesz!". Brak mi słów współczucia i bólu, gdy pomyślę o takiej krzywdzie... 

Niektórzy ludzie robią złe rzeczy... Jedni, bo sami byli bardzo krzywdzeni, inni bo nie mają ludzkich uczuć i traktują bliźnich jak zabawki do wykorzystania (bez refleksji czy zabawka będzie się później jeszcze do czegoś nadawała). Robią to również osoby powszechnie lubiane i szanowane. Ba, to jest ich gwarancja sukcesu. Bycie elokwentnym, przekonującym, czarującym daje szansę na dokonywanie swoich obrzydliwych czynów niemal na oczach innych bez strachu, że ktoś będzie źle myślał o takim autorytecie, prawda? 

Nie bądźmy jak ci wszyscy ludzie, którzy widzieli dramat Kasi, ale odwrócili głowy! Tam zawiniło bardzo wiele osób, którym obojętny był los tej dziewczyny. Nie mogę wprost uwierzyć, że gimnazjum nikogo nie interesowało zachowanie tej dziewczynki. Jeśli mamy wątpliwości co do prawdziwości opowieści osoby, która szuka u nas pomocy można taktownie i profesjonalnie rozwiać te wątpliwości. Takie opowiadanie zawsze jest szukaniem pomocy lub próbą zwrócenia na siebie uwagi nawet jeśli jest nieprawdziwe. Nie wolno powiedzieć "kłamiesz". Trzeba za to otoczyć taka osobę troską i ciepłem. Jeśli widzimy gesty dziecka, które pokazuje, że jest mu bardzo źle starajmy się do niego dotrzeć, otoczyć wsparciem. Jeśli widzimy dziwne sprawki zainteresujmy się tym, bo lepiej wyjść na wścibskiego dziwaka niż pozwolić tkwić bezbronnej ofierze w piekle. Uczmy nasze dzieci troski o innych i ciepłych słów zamiast hejtowania i negowania.

Pani Katarzyno! Oczywiście, że Pani wierzę. Mam wielki żal do wszystkich tych osób, które z bezmyślności, obojętności czy wygodnictwa udawały, że nie wiedzą Pani krzywdy. Z doniesień prasowych wynika, że jest Pani pod opieką psychologiczną. Z całych sił trzymam kciuki, aby przyszedł dzień, kiedy ostatecznie uwierzy Pani, że nie zrobiła nic złego, że całą wina leży po stronie Pani oprawcy. I chciałabym aby była Pani otoczona tylko przez ludzi godnych zaufania, bo jest ich nieskończoność razy więcej niż takich bestii jak Roman B. 

© Okiem obserwatora
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci