sobota, 19 kwietnia 2014

Zdrowych, radosnych, spokojnych Świąt dla wszystkich czytelników i komentatorów :)

czwartek, 17 kwietnia 2014

Wybrałam się dziś z aparatem na Wzgórze Zamkowe. Podziwiałam jak bujna jest już zieleń i jak pięknie kwitną kwiaty:

 

Gdy doszłam do Wieży Piastowskiej spotkałam jednego z 200 smutnych, poranionych i pobandażowanych misiów, które wczoraj wolontariusze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy rozłożyli w centrum Cieszyna:

 

Większość misiów już zniknęła - ale ten spod Wieży Piastowskiej nadal siedzi i prosi aby go kochać. Takie same smutne misie znalazły się w centrach innych miast. "Akcja MIŚ" ma ponownie zwrócić uwagę ludzi na problem przemocy wobec dzieci. A problem nadal jest niemały.

piątek, 11 kwietnia 2014

Wczorajszy komentarz Almetyny wywołał we mnie lawinę skojarzeń i przemyśleń. Dziś hasając ponownie wzdłuż Olzy musiałam sobie to nieco poukładać. Uświadomiłam sobie, że faktycznie to pierwsze spotkanie opisane w notce "Znak (spotkanie)" nadaje się na scenariusz filmu pełnego symboli. Do wczoraj nie dotarło do mnie, że zobaczyliśmy się będą przegrodzeni granicą państwa (nic to, że po Schengen już tylko symboliczną).

I tajemniczy nieznajomy, aby do mnie podejść musiał tę granicę sforsować. Zrobił symboliczny pierwszy krok przechodząc na moją stronę. Drugi symbol jaki do mnie dotarł, to fakt, że za drugim razem spotkaliśmy się już po tej samej stronie granicy. Moje myśli poszybowały do granic między ludźmi. Gdybym na jego widok zapiszczała "idź sobie brudny pijaku" nie dowiedziałabym się wielu ciekawych rzeczy, nie powstałoby (bardzo na razie kruche i tymczasowe) porozumienie. A prozaiczniej nie dowiedziałabym się, że mam przed sobą ciekawą, mądrą i uzdolnioną osobę. I jeszcze coś mi się przypomniało:

"Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu" Antoine de Saint-Exupéry 

Nieprawdaż? Kocham Małego Księcia a ten tekst jest dla mnie jednym z najważniejszych.

Warto wychodzić poza nasze granice. Może nie zawsze, ale jednak.

I kolejne sprawa. Uświadomiłam sobie, że kiedyś bałabym się powiedzieć większości z tego co do niego powiedziałam obawiając się dwuznacznego zrozumienia i tego co sobie pomyśli. Ale ja już nie jestem nastolatką. Nie martwię się co ludzie sobie pomyślą, gdy mówię im coś prawdziwego czy miłego. Ostatnio byłam świadkiem jak kierowca autobusu, wysłany w związku z awarią poprzedniego, zbiera cięgi od ludzi, którzy czekali na przystanku pół godziny w zimnym deszczu. Wysiadając życzyłam mu spokojnego popołudnia po niewątpliwych atrakcjach jakich zażył rano. Był wdzięczny za ludzkie słowo. Dawno temu nie wykrztusiłabym z siebie czegoś takiego bojąc się, że pomyśli, iż go uwodzę albo co... Teraz opinia ludzi (taka powierzchowna) jest mi zupełnie obojętna. Podobnie było gdy siedziałam pod pomnikiem w towarzystwie "menela", a matki z wózkami przyglądały mi się krytycznie.

Wrócę do wątku, który tu się przewijał już wiele razy. Warto być (w rozsądnych granicach) otwartym na drugiego człowieka. Warto przekraczać umowne granice, warto też być miłym dla innych. I co z tego, że inni nie są mili dla mnie? Kropla spada do wody i tworzy kręgi, które oddalają się aż do brzegu. A potem fala odbija się i wraca do nas...

czwartek, 10 kwietnia 2014

Nie uwierzycie co się stało. Opowiem po kolei, bo mnie samej trudno w to uwierzyć. A było to tak.

Postanowiłam wybrać się na spacer w okolice Wzgórza Zamkowego i porobić zdjęcia. Dzień bez choćby godzinki z aparatem jest dla mnie trudny do przełknięcia :) Gdy wyszłam z domu zaczęło kropić. Ale postanowiłam się nie zrażać. Rozpoczęłam fotograficzną wyprawę  i szłam w kierunku miejsca, w którym kilka dni temu spotkałam tajemniczego nieznajomego opisanego w notce "Zna (spotkanie)". Byłam po polskiej stronie i dochodziłam właśnie do miejsca, gdzie pierwszy raz go zobaczyłam siedzącego nad Olzą.


 

Szłam pewna, że go spotkam. I co się okazało? Z naprzeciwka nadchodził nie kto inny tylko właśnie on. Tak jakby spieszył się na umówione spotkanie. Rozpoczęliśmy rozmowę. A brzmiała ona tak jakbyśmy kontynuowali kilkugodzinną dyskusję... M.in. o historii jego terapii. Będziecie się śmiać, ale ta historia trzyma mnie w napięciu. Zastanawiam się głęboko co to znaczy. Co to znaczy dla mnie? Jaki jest cel tych spotkań. Czy to taka wygrana w totolotka oparta na rachunku prawdopodobieństwa czy też ktoś (a może Ktoś) chce mi coś powiedzieć?

I chciałabym aby te nasze spotkania oznaczały też coś dla tego człowieka. Chciałabym aby wytrzeźwiał bo warto być trzeźwym, ale też dlatego, że ma do zaoferowania naszemu miastu i społeczeństwu bardzo wiele talentów. Celowo nie piszę jakich, bo nie chcę ryzykować jego rozpoznania. Chciałabym aby wyrwał się zza drutu kolczastego własnej niemożności:

Obawiam się jednak, że tylko mnie zależy. Uwierzycie, że powyższe zdjęcie zrobiłam jakieś 7 minut przed naszym dzisiejszym spotkaniem z myślą o tym, że może kiedyś napiszę podobny tekst właśnie o tym panu? Mnie samej trudno w to uwierzyć.

Gdy rozstaliśmy się poszłam sobie dalej rozmyślając i obserwując "Krytykę Polityczną", Kościół Jezusowy i wieżę Kościoła Marii Magdaleny w oddali:

Co o tym sądzicie? Dziwaczne, nieprawdaż?

niedziela, 06 kwietnia 2014

Kilka dni temu zauważyłam w materiałach Fundacji Dzieci Niczyje pytanie: "Jak to możliwe, że rodzice nie wiedzą, że ich nastoletnie dziecko tnie się od roku". Też zadaję sobie to pytanie. I o wiele więcej innych: Jak to możliwe, że rodzice nie wiedzą, że dziecko jest regularnie pijane (niepełne 16 lat)? Jak to możliwe że dają się nabrać na bajeczkę o wypiciu jednego piwa, gdy dziecko jest prawie nieprzytomne po wypiciu morza wódki? Jak to możliwe, że dziecko chce opowiadać o swoich problemach sercowych / szkolnych / egzystencjonalnych obcej babie, a z rodzicami milczy jak zaklęte? Rozumiem bunt, rozumiem obsesję na punkcie, że oto moja rodzina jest inna i dziwaczna i rozumiem, że grupa rówieśnicza jest najważniejsza, bo to wynika z psychologii rozwojowej, ale nie rozumiem tej całkowitej obcości.

Wiele razy doświadczam wrażenia, że rodzice i dzieci działają na zasadzie milczącej umowy "nie chcę wiedzieć co robisz". Łatwo byłoby zrobić test na obecność THC w moczu, ale z niezbadanych przyczyn go nie robią. Nie chcą wiedzieć... I te powroty cichutko prosto do swojego pokoju. Niby słychać, że wymiotuje, ale jednak zostańmy przy przekonaniu, że to zatrucie pokarmowe. Choć przecież, gdyby takie przekonanie było szczere i silne, żadna siła nie powstrzymałaby rodzica przed wyjściem ze swojego pokoju zamiast nasłuchiwania zza drzwi.

Wielokrotnie widzę potrzebę terapii rodzinnej, albo terapii uzależnienia jednego z  rodziców, aby w ogóle można było mówić o pracy z dzieckiem. Najczęściej słyszę odmowę. Mam naprawić nastolatka i nie wnikać czemu się popsuł. Ale to nie działa. Tak naprawdę powinnam dać sobie spokój z jakąkolwiek pracą z takim dzieckiem. Ale nie mam sumienia. Bo stosunkowo często chcą się spotykać, potrzebują aby ich ktoś słuchał bez wrzasku, bez cichych dni. To trochę taka praca na zasadzie redukcji szkód. Bo o terapii w takiej sytuacji trudno mówić.

piątek, 04 kwietnia 2014

Od kiedy snuję się z aparatem fotograficznym tam i tu (zarówno po centrum miasta

 

jak i po wsiach i opłotkach)

zauważyłam jedną prawidłowość.

Spokojnie mogłabym w poradniku "Jak poderwać upragnionego faceta na 24 sposoby" dokładnie opisać sposób "na aparat" :)) Nie uwierzycie ile miałam już propozycji (nawet jedną prawie matrymonialną). W centrum miasta zazwyczaj jest propozycja rozmowy, w opłotkach panowie chcą mnie podwieźć do celu. Aparat i rozmowa o zdjęciach skutecznie służy do podrywania ale także do zawierania ciekawych znajomości. Szkopuł w tym, że gdy robię zdjęcia chcę być sama.

Żeby daleko nie szukać gdyby nie aparat fotograficzny, nie doszłoby do wczorajszego spotkania. Dla lubiących wszystko umiejscowić sobie w przestrzeni dodaję zdjęcie mostu kolejowego po którym tajemniczy nieznajomy przeleciał galopem na czeską stronę

i miejsca gdzie musiałam zmagać się z angielskim :))

 

Gdyby nie zdjęcia, które dodaję na Facebooku nie byłoby wielu zacieśnionych znajomości. Ja nie skorzystam z podrywczej mocy aparatu, ale oddaję pomysł koleżankom blogerkom i czytelniczkom. Uwierzcie mi, że to działa. Szkoda, że nie wiedziałam o tym dawno, dawno temu. Albo raczej nie nie szkoda :)) Co więcej działa nawet gdy nie wygląda się jak Natalia Siwiec czy Małgorzata Kożuchowska (ja z pewnością nie wyglądam :))

czwartek, 03 kwietnia 2014

Dziś udało mi się wybrać na moje samotne wędrówki z aparatem. Już rano coś mi mówiło, że to będzie niezwykły dzień. Wschód słońca wydawał mi się jak znaczące chrząknięcie "uważaj, coś się wydarzy".

 

I faktycznie. Widoki były szczególne a i zdjęcia udały mi się nad wyraz.

 

Szłam sobie spokojnie, robiłam zdjęcia. Po drugiej stronie Olzy zarejestrowałam obecność mężczyzny siedzącego nad samą wodą i zażywającego wypoczynku na łonie przyrody. Zaintrygował mnie (zboczenie zawodowe). Nawet cyknęłam mu z przyczajki ze trzy zdjęcia, udając, że skąd znowu ja tu poluję na sikorkę czy inne ptaszę:

 

Pan popijał wino, ale dostrzegł chyba moje zainteresowanie. Ja szłam sobie wolno po czeskiej stronie cykając zdjęcia. A tymczasem pan przegalopował mostem kolejowym, po którym ruch pieszych nie jest przewidziany i podszedł do mnie. Rozpoczął konwersację po angielsku, gdyż jak się potem okazało uznał mnie za angielską turystkę :)) I wiecie co? Według mnie on bardzo potrzebuje terapii, jest niesamowicie inteligentnym i uzdolnionym człowiekiem, ale właśnie szoruje mocno brzuchem po dnie. Jest z nim już bardzo źle. To coś musi znaczyć, że galopował z tak daleka, aby zaczepić terapeutę uzależnień (nawet o tym nie wiedząc). Usiedliśmy sobie pod czeskim pomnikiem upamiętniającym ofiary II Wojny Światowej i chwilę porozmawialiśmy. Sam w pewnym momencie rozmowy powiedział "ale ja nie jestem psychoterapeutą", na co żywo powiedziałam "ale ja jestem i to uzależnień". Nie da się opisać szoku jaki był widoczny w oczach tego człowieka. W czasie rozmowy powiedziałam mu tylko, że to musi coś znaczyć, że akurat mnie zaczepił i jeśli zechce może mnie znaleźć tam gdzie przyjmuję. Był wstrząśnięty. Nie wiem co zrobi, ale może uzna to za znak.

Ale i dla mnie ta sytuacje jest wstrząsająca. Dziwnie się ten los plecie. Zauważyłam już dawno, że wiele zdarzeń ma swój cel i sens. Mimo, że wydają się być przypadkiem.

wtorek, 01 kwietnia 2014

Tabliczki o takiej treści są rozmieszczone na "magnoliowej ulicy" czyli na ul. 3-go Maja:

Magnolie są faktycznie piękne, choć ulica niestety jest w trakcie kolejnego remontu i namęczyłam się nieźle aby tego nie było widać.

 

 

 

 

 

 

 

Na koniec jedno z ujęć z koparką...

Mam nadzieję, że kiedyś obejrzycie te cuda na własne oczy :))

poniedziałek, 31 marca 2014

Wiem, że wiele osób się ze mną nie zgodzi i uzna, że szczęście zależy od wielu czynników zewnętrznych. Zgodzę się tylko z jednym czynnikiem zewnętrznym - posiadaniem bliskich relacji z ludźmi. Gdy się jest bardzo samotnym ciężko o szczęście (choć według mnie i wtedy jest możliwe). Natomiast wszystkie inne czynniki nie są do szczęścia niezbędne. Co więcej bardzo często poczucie nieszczęścia wynika z porównywania się do innych ludzi. Wczoraj zobaczyłam na Facebooku ten filmik:

Pasuje mi jak ulał do tego co chcę powiedzieć. Ten piesek urodził się z bardzo zdeformowaną miednicą i zrośniętymi łapami, które trzeba było amputować. Okazuje się, że nie trzeba być idealnym aby być szczęśliwym. Można być zdeformowanym, innym, niepełnosprawnym... Człowiek (na szczęście nie każdy) raczej widziałby swoją odmienność, czułby się gorszy. Porównywałby się do obecnie panującego kanonu piękna i czułby się nieszczęśliwy. Przerysowuję specjalnie żeby dobrze zilustrować moje przesłanie. Bo przecież wielu ludzi doskonale wie, że szczęście nie zależy od bycia podobnym do modelki z wyphotoshopowanego zdjęcia. Ba! nie zależy nawet od posiadania wszystkich kończyn. Ono po prostu jest w nas i już. 

Ten filmik poruszył we mnie jeszcze dwie struny: po pierwsze zarówno ten piesek jak i inne psy nie zastanawiają się nad tym czy jest inny. On po prostu żyje i cieszy się tym życiem, zaś inne psy nie szukają sposobu jak mu dowalić, że jest brzydszy, odmienny i jego miejsce jest w czterech ścianach... I drugą strunę: ten piesek miał szczęście, że ktoś dał mu szansę na życie. Większość ludzi zdecydowało by się na uśpienie "żeby się nie męczył". Prawda? Ale jak widać on wcale się nie męczy. Świetnie poradził sobie i jest szczęśliwy.

Na koniec coś z naszego ludzkiego podwórka. Byłam ostatnio świadkiem sceny, która pasuje mi do tego wpisu. Na placu zabaw bawił się pewien chłopiec, którego poznałam już wcześniej bawiąc się na tym samym placu z moimi Zajączkami. Wiem, że ten chłopiec ma autyzm. W pewnym momencie zabawy w towarzystwie innych dzieci przestraszył się, zaczął zasłaniać uszy rękami i wołać, że się pali. Inne dzieciaki były przestraszone, zażenowane, nie wiedziały co zrobić i jak się zachować. Ten mały podbiegł do mnie przytulił się. Pogłaskałam go po głowie (taki niekontrolowany mamusiowaty odruch) i postarałam się go uspokoić. Wrócił do zabawy, ale zdrowe dzieci nie wiedziały jak się z nim bawić, przedrzeźniały go i raczej uciekały. Nawet nie były złośliwe tylko zdezorientowane. Dla ludzkich dzieci inność jest co najmniej trudna, możliwe, że nikt im nie mówił o chorych dzieciach. Mam marzenie, żeby ten chłopczyk był szczęśliwy i nie przejmował się reakcjami innych. Ale to chyba nie takie proste. Choć chyba większy problem mamy my w kontakcie z nim niż on w kontakcie z nami. W tym wszystkim byłam bardzo dumna z Zajączków i zadowolona z efektów rozmowy z nimi o tym co zaszło na placu. 

poniedziałek, 24 marca 2014

Ogarnęłam się trochę popatrzyłam na świat i nie mogę uwierzyć w to co widzę. Od wczoraj chodzi za mną ten cytat:

"Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze.

Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,

Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona

Obleją, jak Moskale redutę Ordona -

Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute

Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą redutę." ("Reduta Ordona" Adam Mickiewicz)

oraz dowcip o polskim piekle. Dlaczego przy polskim kotle nie ma diabłów nadzorców? Bo nikt nie ucieka, po pierwsze ludzie czują się jak w domu, a po drugie gdyby nawet ktoś chciał prysnąć, sąsiedzi ściągną go za nogi...

Doszłam do wniosku, że nie potrzebujemy wrogów zewnętrznych. Z upodobaniem budujemy swoje piekło dzięki małostkowości, pysze, brakowi empatii, cierpliwości i chęci postawienia na swoim.

Wracając do internetu po chorobie zobaczyłam, że Malinka znowu padła ofiarą jakiegoś maniaka, który lubi niszczyć i usiłuje pozbyć się z blogsfery osób, które w jego wyobrażeniu mu zagrażają (jego / jej popularności???). Oprócz tego na "dzień dobry" zetknęłam się z wulgarnymi i brutalnymi komentarzami kierowanymi pod adresem rodziców niepełnosprawnych dzieci, którzy zdesperowani chcieli otrzymać zwiększone świadczenia z tytułu rezygnacji z pracy aby sprawować stałą opiekę nad wymagającym tego członkiem rodziny. Ileż to słów padło, ze idiotki dają się manipulować politycznie... Na litość! Ten tylko wie co przechodzą ci ludzie, kto opiekował się niepełnosprawnym, leżącym członkiem rodziny. Całą dobę, bez wolnego świątku czy piątku... Oni mają gdzieś politykę. To politycy starają się wykorzystać ten rozdzierający krzyk rozpaczy do swoich brudnych celów. Ale oto niespodzianka: nie napluję szczególnie na Janusza Palikota. Powiedział swoim zastępom tylko to, co mówią wszyscy inni politycy. To nie jest wypadek szczególny... Nie mam cienia wątpliwości, że inni też żałowali, że nie wykorzystali tych dzieci do "sweet foci" albo raczej "tragic foci". I druga niespodzianka nie powiem złego słowa na premiera. Oczekuję tylko, że weźmie do serca co usłyszał i zastanowi się co jest priorytetem...

Słuchajcie: naprawdę musimy się tarzać w naszym polskim bagnie? Pisać "inteligentne" i "z boku" komentarze oceniające to, czego nie da się ocenić? Czy empatia boli? Czy wyciąganie ręki do zgody aż tak łamie nasze rogate dusze? Czy naprawdę postawienie na swoim daje więcej satysfakcji niż budowanie wielokulturowej wartości jaką jest bliskość i zgoda?

No ja pier..le... Nie wiem jakimi słowami, jakim językiem obudzić w nas chęć do współpracy, jedności i życzliwości... Do wybaczania, empatii i wspierania. No nie mówicie mi, że siedzenie na wysokiej stercie zgliszczy razem ze swoją racją daje więcej satysfakcji niż uściskanie przyjaciela. Bo pozostanie mi się zwinąć. 

Nawet przyroda płacze nad naszym piekłem licząc, że zgasi płomienie zawiści, pychy, oślego uporu:

 

 

 

 

 

* - fragment cytatu Raju utraconego Johna Miltona oraz tytuł książki Joe Alexa czyli Macieja Słomczyńskiego

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
Napisz do Missjonash Page Rank Check