Menu

Okiem obserwatora

Blog o problematyce społecznej i o Cieszynie. Z przerywnikami fotograficznymi przyrodniczymi i krajobrazowymi.

Rozmawiać czy nie...

missjonash

... z trollem w sieci? Niedawno po raz kolejny miałam okazję brać udział w bardzo nieprzyjemnej dla mnie sytuacji. Otóż po święcie 20-lecia Stowarzyszenia Pomocy Wzajemnej "Być Razem" pod relacją z tego wydarzenia w jednym z lokalnych serwisów internetowych pojawiło się jednym ciągiem 30 komentarzy dyskredytujących samo Stowarzyszenie i pracujących w nim ludzi. Z nazwiska i tak ogólnie. Podsumowując: jesteśmy bandą mafijnych kolesi, kradniemy, oszukujemy, jesteśmy niekompetentni i niedouczeni... Nie wytrzymałam i weszłam w polemikę z tymi anonimowymi ludźmi. Prawie wszyscy znajomi pisali mi lub mówili: "nie rozmawiaj a nimi", "To trolle, tylko ich napędzasz" i inne tego rodzaju stwierdzenia... Ja jednak się uparłam i w mojej ocenie wejście w spokojną i rzeczową polemikę (każde zdanie ważyłam, aby je odcedzić ze swojej wściekłości, ironii i innych takich dodatków) spowodowało uspokojenie dyskusji i jej zakończenie. Nie bez strat, bo jeden z rozmówców uparł się skrzywdzić i obrazić jedną konkretną osobę. Potem usłyszałam, że to pośrednio moja wina, bo napędziłam dalszą dyskusję. W każdym razie uważam, że ta sytuacja potwierdziła (jak dla mnie), iż rozmowa pod swoim nazwiskiem w otwartą przyłbicą, przy upartym trzymaniu się meritum i form grzecznościowych potrafi zakończyć falę hejtu. Zdecydowana większość mówi mi, że z takimi się nie rozmawia. Jestem jednak przekonana, że:

1. Jeśli nikt spokojny i merytoryczny nie podejmuje tematu w sieci pozostaje ślad, że wszyscy komentujący z jakiegoś powodu są wrogo nastawieni do tematu artykułu. W archiwum pozostaje tekst i wrogie komentarze. Nic nie równoważy hejtu więc osoba zainteresowana tematem raczej się uprzedzi do tego co było treści artykułu. Nie sądzę, że założy "o to tylko hejterzy", zwłaszcza jeśli sama nie zna dobrze tematu. Ludzie pisali mi, że każdy zdrowo myślący człowiek będzie widział wrogość i szaleństwo komentujących. Czy rzeczywiście? Ja osobiście jestem przekonana, że nie tędy droga. Musi pojawić się jakaś porcja komentarzy równoważących te negatywne, bo emocje opadną a po jakimś czasie zostanie tylko info: było 300 wrogich komentarzy i 0 pozytywnych... Oczywiście jeśli ktoś piszący te pozytywne wierzy w to co pisze...

2. Nie wszyscy komentujący wrogo muszą być od razu hejterami. Możliwe, że sparzyli się jakoś, mają inne przekonania, usłyszeli zupełnie inne informacje itp. Warto wtedy spokojnie porozmawiać. Jak dotychczas nie spotkałam się z wieloma osobami, z którymi nie dało się w ogóle wymieniać poglądami.

Na koniec przytoczę tu historyjkę z życia wziętą. Ostatnio na mojej stronie w pewnym portalu społecznościowym pojawiła się wiadomość prywatna wysłana przez pewnego Czecha. Doszło do nieporozumienia i był on przekonany, że usunęłam jego komentarz. Był niezadowolony i dał mi to odczuć. M. in napisał, że na pewno nie polubi mojej strony. Pech chce, że nie znam czeskiego. No ale wzięłam byka za rogi i trochę na czuja, a trochę dzięki Google zaczęłam z nim rozmowę. Koniec końców stronę polubił i pośmialiśmy się razem. Warto było zamiast się obrazić spróbować porozmawiać. 

Co o tym myślicie?

Psychoza

missjonash

Od jakiegoś czasu mam zawodowy kontakt z większym gronem osób chorych na schizofrenię. Dzięki temu zwróciłam uwagę na parę spraw. 

1. Nasze społeczeństwo ma znikomą wiedzę o tej chorobie, podobnie jak o innych zaburzeniach i chorobach psychicznych. Ludziom najczęściej schizofrenik kojarzy się z szalonym człowiekiem, toczącym pianę z ust, niebezpiecznym i skłonnym do mordu. Albo z kimś takim jak główny bohater psychozy Hitchcocka. No wypisz wymaluj podstępny morderca mający non stop zwidy i biegający z nożem.

2. Mamy ochotę za wszelką cenę unikać osób z zaburzeniami i schorzeniami psychicznymi, bo nic o nich nie wiemy i zakładamy, że zawsze są nieobliczalne i niebezpieczne. Nie dążymy do zdobycia wiedzy o chorobie często nawet, gdy dotyczy to osób z naszego otoczenia. Jeśli nie jest to członek naprawdę najbliższej rodziny wolimy zniknąć z relacji. Jak najszybciej i jak najdalej. Bardzo zasmuciła mnie opowieść o najbliższym przyjacielu z najmłodszych lat dzieciństwa pewnego młodego człowieka, który powiedział wprost: "trzymaj się lepiej z takimi samymi jak Ty". Tak wiem, bał się i nie miał pojęcia jak się zachowywać, ale i tak mnie to strasznie zasmuciło.

3. Ponownie ożyła tendencja do izolowania i odsuwania do szpitali lub innych miejsc osób chorych. Znowu idea socjalizacji włączającej jest w odwrocie. Obserwuje teraz na co dzień jak osoby chore zaczynają rozkwitać w normalnym otoczeniu, gdy mogą wykonywać potrzebną (a nie symulowaną) pracę i zarabiać przy tym pieniądze. Jasne, że trzeba brać pod uwagę ich ograniczenia, ale w przyjaznych warunkach spokojnie mogą się realizować.

4. Leczenie osób chorych na schorzenia psychiczne bardzo się zmieniło. To nie są już leki zmieniające człowieka w zombi. Przy dobrze ustawionym leczeniu i lekach nowej generacji trzeba naprawdę wnikliwego oka, aby dostrzec różnice w zachowaniu i funkcjonowaniu między osobą zdrową, a człowiekiem chorującym na schizofrenię. Mam tu na myśli oczywiście przypadki choroby, które nie wymagają długotrwałej hospitalizacji. 

5. Schizofrenia jest ciężką chorobą psychiczną często pojawiającą się w literaturze czy filmie, ale za mało jest wiedzy o tym na czym polega. Należy do tzw. zaburzeń psychotycznych (psychoz), czyli stanów charakteryzujących się nieadekwatnym postrzeganiem, przeżywaniem, odbiorem i oceną rzeczywistości. Objawy to: urojenia (fałszywe przekonania np. prześladowcze), omamy czyli fałszywy odbiór bodźców, utrata zainteresowania kontaktami społecznymi lub dawnymi zainteresowaniami, zaburzenia myślenia, pamięci, koncentracji oraz zaburzenie afektu (często spłycenie odczuwania emocji). W Polsce najczęściej rozpoznaje się (około 65%) schizofrenię paranoidalną, w której dominują urojenia i omamy. Leczenie polega na farmakoterapii i powinno na psychoterapii (z tym jest zdecydowanie gorzej, a bardzo szkoda!).

6. Osoby chore nie przestają być ludźmi. Wymagają traktowania z szacunkiem i odrobiny pomocy aby funkcjonować. Gdy następuje pogorszenie potrzebują mądrej reakcji. Tylko tyle.

7. Na koniec nie powstrzymam się i przed tym zdaniem. Osobiście przekonuję się w pracy, że intensywne palenie marihuany i używanie innych narkotyków zwiększa szansę na ujawnienie się schizofrenii. Niestety za często się spotykam z chorymi, którzy przed wystąpieniem choroby dużo jarali lub używali amfetaminę i jej pochodne :(

Ci lepsi

missjonash

To będą dwie pouczające historie o poczuciu wyższości. To tak w skrócie i uproszczeniu. Bo tak na prawdę to bardziej skomplikowane opowieści. Będzie w nich i o strachu i o głupocie, o poddaniu się manipulacji i mocno rozbudzonych lękach.

Historia 1

Dawno temu poznałam pewnego człowieka, który pochodzi odległego kraju, jest muzułmaninem i od kilku lat mieszka w Polsce. Poznałam go dobrze (na ile można poznać drugą osobę). To dobry, mądry i wrażliwy człowiek. Do tego zdolny i pracowity. Już samo tempo nauczenia się języka polskiego wzbudza podziw. Ostatnio spytałam go kiedy będzie się starał o obywatelstwo i czy zostanie u nas na zawsze. Odpowiedział tajemniczo, że to będzie zależało od nas... od Polaków. Od razu miałam przeczucie co się za tym kryje, zapytałam więc czy doświadczył przejawów wrogości. Otóż doświadczył i to nie tylko na ulicy, gdzie słowo "ciapaty" było jednym z najelegantszych, ale także wśród najbliższych Od niego i żony odwrócili się znajomi. a także rodzina. Powiedział, że nigdy by nie uwierzył, że wykształceni ludzie po studiach, którzy do tej pory spotykali się z nim i dobrze czuli w jego towarzystwie w ciągu kilku miesięcy tak się zmienią. Boją się. Stają się agresywni. Tłumaczą mu, że tacy jak on przyszli żeby zniszczyć naszą cywilizację i narzucić swoją kulturę. Na koniec podsumował, że ludzie najczęściej nie patrzą na wnętrze człowieka tylko na to co zewnętrzne, co widoczne... Rozmawialiśmy jeszcze o polityce. I zgadzam się z nim (już o tym pisałam na blogu po zamachu w Tunezji), że to jest celowa robota ISIS. Oni chcą odciąć muzułmanów od nas. Wszystkich, również tych zwykłych, porządnych, normalnych ludzi. Jeśli Tunezja, Egipt i inne kraje muzułmańskie stracą możliwość zarobkowania na turystyce, będą izolowane, w końcu nie będą miały wyjścia zwrócą się w kierunku ISIS jego retoryki. Jak Niemcy w po I Wojnie Światowej, gdy czuli się samotni, zdradzeni i biedni przyjęli retorykę Hitlera, żeby poczuć się panami świata. Jeśli zwykłych pojedynczych ludzi będziemy odrzucali, traktowali jak morderców, będą czuli się samotni i zdziczali to gdzie pójdą? Zaczną słuchać propagandy ISIS i być może wybuchną w imię Allaha. Wiem, że to uproszczone, ale rozumiecie mnie? Sama łapię się na tym, że dałam się wkręcić w te lęki. Powiem Wam jednak z całą stanowczością, że trochę wróciłam do równowago po rozmowie z moim znajomym. Przecież go znam od lat i wiem jaki jest. Każdemu życzę takiej kultury osobistej, mądrości i życzliwości. Dlaczego miałabym mu zacząć okazywać nagle swoją wyższość lub / i strach i tłumaczyć, że chce zniszczyć naszą cywilizację? Ta rozmowa przypomniała mi, że w Nicei zginęło dużo muzułmanów i że zwykli muzułmanie też chcą świętego spokoju i normalnego życia. A leserzy chcący żyć na koszt państwa i agresywne seksistowskie skunksy istnieją nie tylko wśród imigrantów gwałcących Niemki...

Historia 2

Dawno, dawno temu tu na tym blogu pisałam o pewnym magicznym spotkaniu nad Olzą. Być może istnieją jeszcze czytelnicy, którzy pamiętają ten wpis. Otóż podczas tego znaczącego spotkania poznałam człowieka, o którym można powiedzieć bardzo dobry znajomy, a może nawet przyjaciel. Mamy stały kontakt. Otóż opowiedział mi pewną bardzo smutną i doprowadzającą mnie do furii opowiastkę. Otóż pewien szanowany, wysportowany, "praworządny" obywatel naszego pięknego grodu nad Olzą podszedł do niego w centralnym punkcie miasta, uderzył w twarz i nakazał "wypie...ć", gdyż jak wieść gminna niesie zaczepia ludzi. Rozumiecie? Jakie ma szanse na poszanowanie praw, w tym prawa do nietykalności cielesnej człowiek, który akurat na szanowanego i "praworządnego" obywatela miasta nie wygląda. Ba, wygląda dokładnie odwrotnie, jak ucieleśnienie buntu, outsiderstwa, dekadencji. I często jest nietrzeźwy (ale to spokojny i nad wyraz kulturalny człowiek)... Bardzo wkurzyła mnie ta historia. Bo mój znajomy się opancerzył, uważa, że było minęło... a we mnie się  gotuje. I mam takie złe skojarzenia, że niedługo na ulicach pojawią się grupy, może nawet jakieś bojówki z bronią, pilnujące naszej moralności, ścigające "pijaków, dziwki i całą tę resztę", aby stracili się z oczu i nie kalali oczu tych lepszych. Po moim trupie...

Ja tak po amerykańsku wierzę, że ludzie są równi...

Brzuch Franciszka

missjonash

W sumie to można by powiedzieć, że to nie moja sprawa, nie mój papież, nie mój Kościół. Ale ku swojemu zdumieniu doszłam do wniosku, że Franciszek jest mój. Lubię go, szanuję, cenię, w Jego wizycie pokładałam nadzieje na pogrzebanie wojny polsko - polskiej. Jego ciepło i sympatia do drugiego często jest odtrutką na jad i wiadomości o zbrodniach, którymi karmi nas współczesny świat.

Gdy dziś przeczytałam słowa Jana Rokity, na temat Papieża to poczułam jakby smagnięcie batem. Pomijam już zupełnie niestosowne uwagi o brzuchu Franciszka i jego żarłoczności, ale najbardziej uderzyło mnie takie stwierdzenie: 

"On okazuje czułość, żebrakom, prostytutkom, więźniom. Chciałbym, żeby tą czułość okazał także kapłanom" (cały tekst tutaj)

Wiecie co mi przyszło do głowy? Z pewnością wielu z Was też... Czyż Jezus nie mówił, że cudzołożnice i celnicy ubiegną m.in kapłanów w drodze do Królestwa? Czy wielokrotnie nie podkreślał, że to ci grzeszni i najbardziej pogardzani będą faktycznie siedzieć u Jego boku?

Czy Jan Rokita zrobił to porównanie celowo? Nie wiem. Ale wyszło jak wyszło. Ja osobiście jak widać jestem lewakiem, bo własnie ten aspekt pontyfikatu najbardziej mi zaimponował. I zamiast bylejakości i miałkości w większości wypowiedzi papieża widzę miłość do ludzi, skromność, spontaniczność i pokorę. A to cenię zdecydowanie najbardziej. Dotkliwie odczułam ciszę w Auschwitz, pasują mi słowa w księdze pamiątkowej: "Panie, miej litość nad Twoim ludem! Panie, przebacz tyle okrucieństwa". Czyż nie są idealnym odzwierciedleniem miejsca zagłady, ale także tego co dzieje się wokół nas codziennie?

Czyż to nie ironia, że Franciszek stał się idolem ateistki?

Miałam nadzieję, że w obliczu Światowych Dni Młodzieży i odwiedzin Papieża ludzie w Polsce pogodzą się i skończymy jałową walkę. Słowa Jana Rokity napełniają mnie obawą, że już nic nie jest w stanie zakończyć bratobójczej walki na słowa. Skoro Papież jest miałkim lewakiem, a nie głową Kościoła, której należy się szacunek i posłuch... Innego, większego autorytetu już nie ma. I codziennie mam wrażenie (nasila się od 10 lat), że gdyby Jezus przyszedł teraz do Polski to dostałby w najlepszym razie kilka wyzwisk, może szarpnięć i popchnięć... Może miałby także swoich uczniów, ale sytuacja by się powtórzyła. Nie ma co obrzucać Żydów błotem. Teraz też byśmy Go zabili... Miał przecież takie głupie pomysły: "Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj". (Mt 5, 23-24). I głupsze jeszcze: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". (Mt 25, 40)

Efekt szatana

missjonash

To miał być tekst napisany przed przerwą. Ale stało się inaczej. Piszę go teraz gdy emocje sięgają zenitu. Miałam napisać tekst o tym jak bardzo doceniam zachowania naszych lokalnych dziennikarzy (z gazet i portali internetowych), którzy zdecydowali się nie nagłaśniać samobójstw w okolicy, zwłaszcza ludzi bardzo młodych. Na naszym terenie było już sporo samobójstw nastolatków. Co więcej często jedno pociągało za sobą drugie. Psychologowie społeczni dawno już opisali efekt Wertera czyli znaczący wzrost liczby samobójstw po nagłośnieniu samobójczej śmierci kogoś znanego. W badaniach wyszło, że najwięcej naśladowców jest bardzo podobnych do pierwszego samobójcy i często wybierają taki sam sposób śmierci. Wynika z tego, że osoby, które miały jeszcze nie sprecyzowane plany samobójcze dostają ostatni impuls, coś jakby zastrzyk odwagi żeby zakończyć swoje życie, kiedy czytają czy widzą na szklanym ekranie (na plazmie) informację, że ktoś znany się zabił. Dlatego jestem bardzo dumna z naszych dziennikarzy, że nie nagłaśniają takich historii i wiem, że przynajmniej niektóre media nie robią tego z pełną świadomością. Jestem przekonana, że podejmując taką decyzję uratowali wiele istnień ludzkich.

Po wczorajszym ataku w Monachium mam cały czas w głowie frazę: efekt szatana. Tak mi się to jakoś nazwało. Pewnie się mylę, bo i nie znam motywów działania zamachowcy z Monachium, ale cały czas tłucze mi się po głowie, że to dopiero początek. Że cała masa fanatyków z nie do końca sprecyzowanymi planami, dostaje właśnie zastrzyk zachęty żeby odejść do Allaha zabijając przy okazji jak najwięcej niewiernych. Mam takie odczucie, że atak w pociągu w Wuerzburgu to taki sygnał do ataku samotnych wilków, którzy knuli coś wewnątrz siebie, a teraz dostali zachętę. Obym się myliła. A może nie? Policja w Monachium cały czas prosi aby nie publikować filmów z ataku i działań policyjnych. Może mają na myśli (obok nie zdradzania sposobów działania policji) także to samo co ja?

Efekt szatana, bo ataki są samym złem, giną w nich ludzie, inni tracą najbliższych, jeszcze inni doznają szoku, a cała społeczności są szachowane przez lęk i podważane jest elementarne zaufanie do drugiego człowieka... 

Boję się. Boję się coraz bardziej. Mam znajomych w Niemczech, poza tym to stanowczo zbyt blisko naszych granic. Żal mi ofiar, żal mi członków ich rodzin. Mam wrażenie, że ISIS osiągnęła swój cel, strach zatacza coraz szersze kręgi. Ludzie celowo lub nie, sami potęgują te lęki opowiadając historie doprowadzające na skraj paniki. U nas krąży historia o znalezionym w Krakowie portfelu z bardzo dużą gotówką i dokumentami. Należał do mężczyzny z pewnego kraju arabskiego, a kiedy znalazca oddał go właścicielowi usłyszał, że z wdzięczności zdradzi mu tajemnicę: pod żadnym pozorem podczas ŚDM ma nie zbliżać się nawet do Krakowa. Strach narasta. Mam rodzinę w Krakowie...

Trudno się dziwić, że boimy się obcych. Nie znam żadnej recepty na opanowanie lęków i racjonalizację myślenia. Efekt szatana się roznosi...

***

Niezauważalnie przeminęła 6 rocznica blogowania. Zaczęłam pisać 12 lipca 2010. Potem usunęłam początkowe wpisy. Przez 6 lat poznałam wielu niesamowitych blogerów i komentatorów. Często żałuję, ze nie mam już tyle czasu i sił żeby pisać codziennie jak kiedyś. I nie ma ochoty na rocznicowe fajerwerki. 

© Okiem obserwatora
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci