niedziela, 31 sierpnia 2014

Pierwotna idea tego dnia to wyszukanie w sieci nowych blogów wartych propagowania. Przyznam uczciwie, że nie przeszukuję sieci ostatnio w poszukiwaniu nowej lektury.

Ale chcę polecić 5 blogów, które mi towarzyszą i są warte propagowania wśród czytelników szukających dla siebie dobrych miejsc. Tylko 5 dlatego, że tak mówi tradycja - jednak w bocznej szpalcie znajdziecie znacznie więcej ciekawych miejsc, do których warto zaglądać. I wszystkie je polecam!

A teraz nominowana 5:

1) Co mi się nawinęło przed obiektyw - absolutnie cudowne zdjęcia (głównie macro)

2) Jeszcze nieraz zatańczę - słowo, muzyka i obraz - wszystko z najwyższej półki.

3) Blog leśniczego - cudowne wpisy o przyrodzie i wspaniałej pracy ludzi lasu

4) Talka pisze - po prostu warto poczytać. Mądre, z sensem, do przemyślenia

5) Marchevka - przygoda, podróże, przyroda. Wszystko najwyższej jakości!

Wszystkim blogerom składam życzenia sukcesów, spełnienia, wielu czytelników i weny twórczej :)) Dziękuję za wszystko!

sobota, 30 sierpnia 2014

Już miałam tego tekstu nie napisać. Już rezygnowałam. I oto w jednym z portali społecznościowych zobaczyłam dodane przez znajomego zdjęcie z jakiegoś miejsca publicznego w Krakowie, gdzie w toalecie jest napis "Miłym Gościom z obecnej stolicy przypominamy o możliwości umycia rąk". Jakbym w twarz obskoczyła... I dlatego jednak napiszę...

Możliwe, że to ja jestem przewrażliwiona i taki tekst jak wyżej nic nie znaczy. Ja jednak odebrałam to jak chęć poniżenia. Podobnie jak kiedyś odebrałam żart znajomego, który udostępniał dowcip o tym, że powódź jest dobrą wiadomością bo Warszawiaków wytopiło. Ha, ha. Napisałam wtedy, że jakoś się nie potrafię ubawić, bo w tej paskudnej Warszawie została choćby moja siostrzenica z maleńkim dzieckiem. Tak, wiem - z pewnością nie mam poczucia humoru. W ogóle w tej sytuacji i tej dzisiejszej dostrzegam niechęć do Warszawiaków (i nie przekonuje mnie twierdzenie, że to tylko żarty). A dyskusja o takich żartach sprowadza się do tego, że Warszawiacy są nadęci, niewychowani, skąpi i w ogóle okropni. No wypisz wymaluj - ja!

Dlaczego do tego tekstu przymierzałam się już wcześniej? Z dwóch powodów. Oto dwa dni temu głośno zrobiło się w lokalnych portalach o pewnym stowarzyszeniu. Nie tylko dzięki artykułom informacyjnym, które masowo pojawiły się w tym samym czasie. Uwagę mieszkańców naszego miasta zwrócił też ten tekst opisujący stowarzyszenie: Stowarzyszenie (...) zostało założone przez rodowitych mieszkańców miasta, dla których najważniejszą wartością jest właśnie Cieszyn i jego dobro." Na marginesie - właśnie odkryłam na stronie stowarzyszenia zmianę tej preambuły na taką: "Stowarzyszenie (...) zostało założone przez rodowitych mieszkańców Cieszyna, co nie znaczy, że miejsce w stowarzyszeniu jest zarezerwowane tylko dla nich." Ale w pierwszej chwili, gdy preambuła była jeszcze taka jak poprzednio rozgorzały dyskusje: co to znaczy rodowity cieszyniak, jak to wykazać i czy taki urodzony w szpitalu śląskim jest lepszy czy nie. Przyznam, że i mnie się zrobiło przykro i poczułam się gorsza. Poczułam, że te 10 lat ścisłego związku z Cieszynem nie jest jednak najistotniejsze i ani promocja miasta, jaką staram się robić, ani codzienna praca na rzecz mieszkańców miasta nie jest aż tak istotna jak to, że nie jestem stela. Pierwszy raz poczułam, że stela nie jestem. I bardzo mnie to dotknęło. Bo ja kocham Cieszyn, czuję się tu jak u siebie, robię wszystko aby to miasto rozkwitło. Jestem cieszynianką!

Tak, stanowczo kocham Cieszyn!


I jeszcze jeden powód tego tekstu. Kilka dni temu trafiłam na artykuł o "słoikach". O pogardliwej nazwie nadanej przyjezdnym mieszkańcom Warszawy, którzy na weekendy czy z okazji świąt jadą do domu po wałówkę czy w ogóle ludziom nie ze stolicy. Pod artykułem rozgorzał spór o to kim jest "słoik" - czy to w ogóle jest termin obraźliwy i o to dlaczego istnieje. Ano ludność z innych miejscowości śmieci, płaci podatki u siebie i nie umie się zachować. Jednym słowem zasłużyli sobie na "słoika" i koniec.

W tym wszystkim widzę wspólny mianownik, możliwe, że nie we wszystkich przypadkach trafnie - niechęć do obcych (z określonej lokalizacji lub w ogóle) lub/i poczucie wyższości wobec innych. Odrzuca mnie to. Nie podoba mi się poniżanie kogokolwiek z jakiegokolwiek powodu - w tym przypadku z powodu miejsca zamieszkania / pochodzenia. 

Ja dostaję z każdej strony: w Krakowie jestem prostaczką, która nie umie umyć rąk, w reszcie kraju bogatą, nadętą snobką, u siebie obcą, nie stela (no i z miasta, które należałoby zatopić). Gdybym jeszcze pojechała do rodziny w odwiedziny to jest szansa, że i "słoikiem" bym zarobiła. I tak się dzieje dopóki jestem symbolem - kobietą pochodzącą z Warszawy. Ale mnie - żywej jednostce nikt nigdy nie dał mi odczuć, że mam umyć ręce, wynosić się do siebie itp. Ba, twardzi górnicy i inne chłopiska stela dają się "naprawiać"...

To może pamiętamy, że za każdym symbolem i statystycznym obiektem żartów stoją ludzie, a stereotypy często mogą zagrozić podjęciu dialogu i dostrzeżeniu tego człowieczeństwa. I nie poniżajmy innych ludzi. Nawet jeśli poczujemy się lepiej. To będzie gorzkie lepiej i lepiej na krótką metę. Jeśli nie z powodów moralnych to ze zdrowej obawy przed spiralą wyzwisk, wzajemnej niechęci i brakiem porozumienia.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Powoli wracam do żywych po krótkiej acz gwałtownej niedyspozycji żołądkowej. Została mi już tylko pewna słabość, ale aż rwę się do pisania. Miałam napisać tę notkę zaraz po poprzedniej, bo natchnęła mnie dyskusja jaka się wywiązała po niej. Ale nie dałam razy przez ostatnie dwa dni już niczego pisać. Nadrobię to sobie teraz.

Dyskusja według słownika języka polskiego to ustna lub pisemna wymiana zdań na jakiś temat mająca prowadzić do wspólnych wniosków. W tym jednak przypadku moja definicja tego słowa będzie bliższa tej z wikipedii:

"jeden ze sposobów wymiany poglądów na określony temat, opartych na argumentach, prowadzona w gronie dwóch lub więcej osób. Dyskusja może mieć formę ustną  lub pisemną. W wyniku dyskusji dochodzi do ścierania się różnych poglądów związanych z różnymi punktami widzenia osób prowadzących dyskusję. Określenie zbieżnego (wspólnego) stanowiska, o ile do tego dojdzie, może mieć formę kompromisu lub konsensusu".

Tytułowa apostazja z poprzedniej notki jest tematem kontrowersyjnym wywołującym silne emocje. Ludzie często zajmują wobec niej skrajne postawy (podobnie jak w przypadku innych tematów: aborcji, eutanazji, kary śmierci itp.). Jestem dumna, że rozmowa pod poprzednią notką przyjęła taki kształt jaki przyjęła. Z pewnym wyjątkiem. Ale to i dobrze, bo łatwiej mi będzie napisać o co walczę od lat. Mianowicie uważam, że każdy pogląd nawet skrajny można wyrazić w odpowiedniej formie posiłkując się argumentami. Natomiast źle jest jeśli człowiek będący pewny swojej racji zaczyna używać obraźliwych epitetów. Bo personalny atak lub atak na kogoś / coś istotnego dla innej osoby wywołuje niemal z automatu chęć rewanżu, wyzwala silne emocje, powoduje, że rozmowa przybiera formę walki. Uważam też, że nic nie usprawiedliwia używania obraźliwych epitetów np. uogólniających wszystkich z danej grupy. Dlaczego? Bo zazwyczaj w każdej grupie są i dobrze i źli, mądrzy i głupi, wysocy i niscy - zgodnie z rozkładem normalnym (Gaussa) ze statystyki matematycznej. A więc w każdej grupie zawodowej będzie odrobina czystych jak śnieg ludzi, troszkę więcej dobrych z drobnymi wykroczeniami, dużo ludzi przeciętnych, którzy są dobrze, ale i mają za uszami, mało występnych z przebłyskami dobra i odrobina zepsutych do szpiku kości. Nie wiem czy mi ten przykład wyszedł (jest się do czego przyczepić) ale myślę, że mnie rozumiecie.

Wracając zaś do dyskusji - silne emocje nie są najlepszym doradcą. Wiem na własnej skórze i Wy wiecie, bo zdarza mi się reagować impulsywnie na coś co wydaje mi się, że zostało napisane. Ale mozolnie uczę się nie reagować natychmiast. I to przynosi skutek. Staram się jak mogę posługiwać prawdziwymi argumentami bez obrażania personalnie rozmówcy czy też innych osób, które mogą być ważne dla rozmówcy.

Ograniczam ekspresję? Tłumię instynkty? Powinnam mieć gdzieś uczucia innych skoro uważam, że mam rację? Ja uważam, że nie. Po dyskusji nadal chcę mieć dobre relacje z uprzednimi dyskutantami, nie chcę więc obrażać ani ich ani bliskich im idei czy ludzi. I chcę także już po całej zawierusze, ot choćby tu na blogu, nadal móc patrzeć sobie w oczy gdy zmywam wieczorem makijaż. Nie chcę unikać patrzenia sobie w oczy. 

Jestem dumna z rozmów jakie tu prowadzimy. Nawet ta o apostazji była przykładem wręcz salonowej wymiany zdań w porównaniu do innych portali, blogów, komentarzy pod artykułami. Pielęgnujmy to bo to wartość. Rozmawiajmy ze sobą pokazując jak się różnimy, jak inaczej widzimy świat. Stwórzmy jak najwięcej miejsc, gdzie ludzi się łączy a nie dzieli. Możemy się lubić mając przeciwne zdanie na apostazję, politykę i inne takie kontrowersyjne sprawy. 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Staram się nie zabierać głosu w sprawach religijnych, gdyż mnie nie dotyczą osobiście. Ale coś mnie ruszyło i czuję się dziwnie. Pragnę zatem podzielić się przemyśleniami licząc na to, że ktoś mi mądrze wyjaśni o co tu chodzi.

Przeczytałam dziś artykuł, który mówi o tym iż sąd przyznał rację proboszczowi parafii, w której aktu apostazji chciał dokonać pewna kobieta. Sąd uznał, że GIODO (Główny Inspektor Danych Osobowych) nie ma prawa wnikać w sprawę ani naciskać na proboszcza. Pani nie dostosowała się do właściwych w Kościele Katolickim procedur i jej apostazja nie doszła do skutku. Kropka. Na logikę to jest O'k. Są procedury, jeśli chce coś załatwić to trzeba dopełnić formalności.

Ale formalności są trudne do wypełnienia. Dla wielu ludzi wręcz niemożliwe. Trzeba bowiem udać się do parafii chrztu po jego odpis, potem do parafii zamieszkania z tym odpisem, z aktem apostazji i w towarzystwie dwóch świadków. Proboszcz parafii zamieszkania podpisuje akt apostazji i wysyła go do kurii biskupiej. Kuria nakazuje w parafii chrztu odnotowanie w księgach aktu apostazji. Teraz już tylko idzie się po odpis chrztu z dopiskiem o apostazji. 

Gdybym chciała dokonać tego aktu najeździłabym się między Warszawą a Cieszynem. Są jednak pewne osoby, które twierdzą, że mimo dopełnienia procedur z ksiąg wykreśleni nie zostali.

Zastanawiam się czy tak być powinno. Po pierwsze sakrament chrztu nie jest aktem woli osoby zainteresowanej. Ona nic o nim nie wiedziała mając kilka tygodni czy miesięcy. Po drugie czy procedura występowania powinna być uciążliwa i trudna dla osób przewlekle chorych czy mieszkających daleko od miejsca swojego chrztu (odpisu nie da się dostać listownie niestety). Po trzecie wreszcie czy Kościół ma prawo przechowywać dane osoby, która tego nie chce? Po czwarte do czego mają służyć świadkowie w sprawie tak intymnej i delikatnej?

Innymi słowy: osoba, która świadomie nie wstępowała do organizacji, ma dużą trudność z wystąpieniem, a informacja o tym, że członkiem była zostanie w księgach parafialnych na wieki wieków. Czy tak powinno być?

Co Wy o tym sądzicie?

piątek, 22 sierpnia 2014

Pewna wymiana myśli z bardzo mądrą i wartościową osobą dała mi kopa do napisanie tego tekstu.

Otóż ludzie stykający się z osobą uzależnioną widzą tylko jej działania. One nieraz są podłe, nieraz irracjonalne, nieraz całkiem idiotyczne a przynajmniej niezrozumiałe. Ale tam w środku osoby te najczęściej cierpią. Nawet jeśli picie na początku drogi do uzależnienia przynosiło ulgę, euforię, poczucie mocy to w pewnym momencie tak już się nie dzieje. Celowo piszę "daje poczucie", bo to co się uzależnionemu wydaje wybitną oracją i natchnionym dziełem w pewnym momencie jest już tylko pijackim bełkotem. Wielu ludzi uważa, że alkohol pozwala wyzwolić się z okowów doczesności oraz ograniczeń. U wielu z pewnością tak się dzieje. Przecież pierwszym ośrodkiem w mózgu, który alkohol wyłącza jest ośrodek odpowiedzialny za zahamowania społeczne. Jeśli osoba uzależniona jest nieśmiała, pełna lęku, niewiary w siebie alkohol pozawala jej to wyłączyć. Iluż już ludzi poznałam, którzy bali się odezwać do kobiety, bo byli pewnie, że są nieciekawi, brzydcy, głupi, zbyt grubi / zbyt chudzi itp. Alkohol pozwalał poczuć się lwem salonowym.

Problem w tym, że jeśli człowiek nie zmieni obrazu własnej osoby na trzeźwo wewnątrz siebie, to będzie sięgał po alkohol czy narkotyki coraz częściej aby nie musieć rezygnować z jego "dobroczynnego" działania. Skutkiem jest uzależnienie. Wiem, że wielu czytelników czyta te dywagacje o uzależnieniu jak bajkę o żelaznym wilku. Ale uwierzcie mi, że te wszystkie "pozytywne" efekty któregoś dnia się kończą. Nadchodzi pierwszy takie dzień kiedy nie pije się już dla euforii, mocy twórczej czy innych pozytywnych efektów tylko po to aby nie czuć się już tak źle. Jeśli nie przestanie się pić, nadejdzie i taki dzień kiedy kieliszek będzie miał złagodzić piekielny ból fizyczny, psychiczny i moralny. Osoby, które są już w fazie chronicznej nie piją dla euforii, artystycznych szałów czy poczucia mocy. Piją aby nie cierpieć tak koszmarnie. Przecież zaprzestanie picia na tym etapie wiąże się z zespołem abstynencyjnym (ból wnętrzności, biegunka, wymioty, gorączka, poty, nudności, rozedrganie psychiczne i drżenie mięśni, lęki, czasem i objawy psychotyczne). Do tego dochodzi potworny wstyd, widok własnej ruiny życiowej i lęk przed przyszłością. Z błahych powodów nikt będący w ciągu sam sobie tego nie zafunduje. Najczęściej wplątuje się tu czynnik zewnętrzny w postaci braku pieniędzy, hospitalizacji, aresztowania itp.

I jeszcze o wenie twórczej i poczuciu mocy i wolności - stanami, które nieraz kojarzą się ludziom ze spożywaniem środków psychoaktywnych. Artyści to osoby szczególnie wrażliwe i nierzadko niepewne własnej wartości choć przecież tacy zdolni. Często trudno znoszą krytykę bo odbierają ją jako totalne zdeprecjonowanie własnego "ja". Są to też osoby często nieśmiałe, które przeżywają tremę. Jeśli nauczą się, ze alkohol dodaje im pewności będą z niego korzystać i korzystać do przesady. U takich osób oprócz lęku przed zespołem abstynencyjnym, przed poczuciem winy i wstydu dochodzi także lęk przed utratą natchnienia i / lub możliwości artystycznej ekspresji. Bo jakże to? Na trzeźwo? Okazuje się jednak, że ten dodatkowy lęk jest także wytworem mechanizmów obronnych. Okazuje się także, że artyści, którzy zaprzestali używania środków zmieniających świadomość potrafią  dalej tworzyć, o ile wzmocnili swoje poczucie wartości i przepracowali wiele lęków i problemów. Znam wiele takich przypadków.

Wolność to wolność. Ona jest w nas, nie może zależeć od butelki czy szluga.

Mojej muzie, która przyczyniła się  do powstania tego tekstu bardzo dziękuję. Dziękuje za otwartość, zaufanie i mądre uwagi.

środa, 20 sierpnia 2014

Uzależnienie od alkoholu jest trudne do leczenia z powodu silnych mechanizmów obronnych chorego. Mechanizmy te nie pozwalają mu na obserwowanie świata takim jaki on jest. Zniekształcenia są poważne i dotyczą zarówno rejestrowania bodźców zmysłami ale także myślenia. Wielokrotnie pisałam już o tych mechanizmach (nałogowego regulowania emocji, iluzji i zaprzeczania oraz dumy i kontroli). To przez ich działanie dany delikwent nie chce się leczyć i uparcie twierdzi, że nic złego się nie dzieje. Oddziaływanie tych mechanizmów obronnych nie jest taka samo intensywne w każdej chwili życia. Okresowo słabnie i wtedy do człowieka dochodzi prawda o jego stanie: zarówno zdrowia jak i aktualnych relacji społecznych. To powoduje wstyd, ból, frustrację - jednym słowem silne cierpienie. A alkoholik zna prawie wyłącznie jeden sposób na zredukowanie tego cierpienia - picie.

Żeby to błędne koło przerwać informacje z otoczenia muszą być tak silne żeby rozwiać "pijane" myślenie. Jednocześnie straty z dalszego picia muszą się jawić jako gorsze niż kontynuowanie picia. To jest to tzw. dno. Każdy ma je inne. Jeden musi przejechać kogoś po pijanemu, inny zostać sam w pustym domu, bez prądu, wody, gazu itp. a jeszcze innemu wystarczy uświadomienie sobie, że z oczu dziecka wyziera wstyd, wstręt i cierpienie. Najczęściej jest to groźba zostania samemu lub / i śmierci w przypadku dalszego picia.

Ale są też takie sytuacje gdy człowiek straci wszystko, wie, że w przypadku dalszego picia koniec jest bliski, ale nie ma już siły i motywacji żeby spróbować jeszcze raz. Instynkt samozachowawczy już dawno nie działa prawidłowo. Człowiek, do którego dociera ogrom strat i zniszczeń widzi je w pewnym momencie w całej rozciągłości ale uważa, że już za późno, że nie da rady. Poddaje się. Koniec jest nieuchronny i bliski... W takiej sytuacji można liczyć już tylko na cud. Cuda się zdarzają! Wiem to z całą pewnością. Opisywałam tu już takie przypadki. Ot choćby w tym wpisie:  Anioł. O takim cudzie mówił mi ostatnio jeden z moich pacjentów, który po kilkunastu próbach, nie pije jakieś dwa lata. Żeby daleko nie szukać można wykorzystać tu także historię Billa W. (założyciela AA), który też nigdy nie zrozumiał do końca co stało się punktem przełomowym. Może to światło w głowie lub sercu to ostatnia próba instynktu samozachowawczego? Wielu ludzi wierzy, ze to głos Boga. Nie wiem! Ale bardzo często w fazie chronicznej bez tego cudu historia chorego kończy się śmiercią.

Pewnie są tu osoby, które śledzą historię mojej tajemniczej znajomości z pewnym bardzo mądrym i uzdolnionym człowiekiem, który jednak nie chce przestać pić. To moje ćwiczenie bezsilności i nieustanne oczekiwanie cudu. Bo to sytuacja spod dna...

sobota, 16 sierpnia 2014

Jakoś ten temat we mnie utkwił. Przy smażeniu placków z cukinii zastanawiałam się nad własną klasyfikacją pomocy i wyszły mi takie rodzaje (lista z pewnością nie jest pełna)

1. Opieka - to pomoc całkowita, zaspakajanie potrzeb osoby (lub zwierzęcia), która sama tego nie potrafi. Dotyczy to małych dzieci, osób z niepełnosprawnością intelektualną, osób bardzo ciężko chorych (chwilowo lub przewlekle) i zwierząt w mniejszym lub większym zakresie. Wynika z miłości lub obowiązku, nie można liczyć na podobną wzajemność, aczkolwiek "zapłatą" jest miłość / przywiązanie i bliskość. Może łączyć się ze wstydem lub przykrością osoby, która wymaga opieki oraz ze zmęczeniem ze strony opiekuna. Bywa trudną relacją dla obu stron.

2. Pomoc społeczna - instytucja państwa, polegająca na udzielaniu pomocy osobie, która w danej chwili własnymi środkami i możliwościami nie jest wstanie przezwyciężyć trudnej sytuacji. Aby taką pomoc dostać należy spełnić pewne ustawowe przesłanki oraz brać aktywny udział w przezwyciężaniu swoich trudności. Więcej o zasadach udzielania pomocy (gdyby kogoś interesowało we wpisie: pomoc społeczna. Często wiąże się z poczuciem wstydu i głębokiego upokorzenia osoby, która korzysta, ale zdarza się też postawa "należy mi się". Pracownicy socjalni są narażeni na stres i wypalenie zawodowe (jeśli ktoś chciałby się zapoznać bardziej szczegółowo z pracą w tym zawodzie to odsyłam do notek: Pracownik socjalny i W butach innego

3. Pomoc wzajemna (np. sąsiedzka) - drobne usługi, wsparcie emocjonalne, pomoc finansowa - świadczone sobie wzajemnie na zasadzie "dziś ja tobie, jutro ty mnie). Taka pomoc jest przyjmowana i dawana naturalnie, nie ma poczucia zażenowania. Strony relacji mają poczucie równowagi. Nie piszę tu o sytuacjach wypaczonych, gdy jedna osoba wykorzystuje nagminnie drugą, nic nie dając w zamian. 

4. Jałmużna - dawanie  (najczęściej drobnych) kwot pieniędzy aby spełnić warunki wyznawanej religii (np. w Islamie) lub aby zadbać o swoje dobre samopoczucie. Daje ułudę pomagania i dobrze spełnionego obowiązku wobec bliźnich. Wzbudza raczej przykre emocje w biorącym (nie zawsze) i uspakaja sumienie. Dla mnie określenie zdecydowanie pejoratywne.

5. Psychoterapia - pomoc psychologiczna udzielana przez zawodowca. Pomagający opiera się na szczegółowej wiedzy i doświadczeniu. Nie ma relacji wzajemności - to pacjent jest głównym aktorem i to on jest w świetle jupitera, psychoterapeuta pokazuje siebie tylko na tyle na ile to jest potrzebne w terapii. Z jednej strony taka relacja sprzyja otwieraniu się (do osoby obcej można w ostateczności już więcej nie iść), a drugiej jest trudna i często wywołuje dyskomfort i chęć odwzajemnienia. W niektórych formach terapii grozi przeniesieniem (w zależności od formy terapii jest oczekiwane albo nie). Przeniesienie to sytuacja gdy w bliskiej relacji terapeutycznej pacjent zaczyna przenosić na terapeutę myśli i uczucia, które dotyczą innej bliskiej osoby np. rodzica. W wielu formach terapii jest to oczekiwane i stanowi materiał do pracy z pacjentem nad jego relacjami z ważnymi ludźmi. W określonych wypadkach pacjent doświadcza zauroczenia terapeutą (sytuacja jest doskonałą okazją do pracy), a wynika często z tego iż terapeuta jest pierwszą osobą, która uważnie i z zaangażowaniem słucha i towarzyszy pacjentowi. 

Więcej form nie przyszło mi do głowy przy tych plackach, ale może komuś z Was przyjdzie i podzieli się pomysłami w komentarzu :D

Dobranoc Kochani :))

wtorek, 12 sierpnia 2014

Dziś trzy różne części sprowokowane komentarzami i wydarzeniami.

*

Niedawno jeden z moich znajomych skomentował link o eksperymencie, w którym pokazano, że osoba ubrana w elegancki garnitur otrzyma nawet większe kwoty niż o nie prosi (nie ma drobnych na kawę) niż osoba ubrana w przepocony podkoszulek (osoba wyglądająca na bezdomną nie dostała ani grosza). Komentarz sens miał taki, że dawajcie te drobne proszącym nawet jeśli je wydadzą na piwo, bo każdy taki uczynek będzie policzony. Brzmi nieźle i wiem, że intencje komentującego są dobre - bo to bardzo dobry i przyzwoity człowiek. Ale... Myślę i myślę nad jego słowami. I po raz kolejny dochodzę do wniosku, że nie dam na piwo czy wino, bo bym mnie pokręciło. Mogę podejść do sklepu i kupić jedzenie czy bilet, ale kasy nie dam gdy mam uzasadnione podejrzenie (lub wręcz deklarację), że to na alkohol. Nie potrafiłabym się przyczynić do rozwoju śmiertelnej, przewlekłej i wyniszczającej choroby. Nie chcę! Nie przyłożę ręki do deliriów, białych nocy, rozpaczy rodzin, pogłębiania się chorób somatycznych. Nie zrobię tego nawet jednym łykiem piwa czy wina... Mimo że wiem jak bardzo ten łyk potrafi być pożądany, a może właśnie dlatego...

**

Druga sprawa: pod ostatnią notka pojawiły się słowa "pomaganie na siłę". Nie da się pomagać na siłę. Prawdziwe pomaganie wymaga taktu, dyskrecji, pokory i celu innego niż podkarmienie własnego poczucia wartości. Pomagając należy mieć na uwadze to, że być może osoba, której pomogliśmy już nigdy nie zechce nam spojrzeć w oczy (ze względu na wstyd, upokorzenie własną niemożnością czy słabością). Pomaganie to także  (w zdecydowanej większości) próba uaktywnienia zasobów własnych tej osoby, która pomoc przyjmuje. To nie może być tylko osławiona ryba (nie cierpię tego porównania o czym już kiedyś pisałam). Od dostawania ryb łatwo się uzależnić, ale co potem... Pomaganie to rzetelność, odpowiedzialność i wyraz miłości (a przynajmniej jako takiej sympatii) do rodzaju ludzkiego. Ja to tak rozumiem i widzę. Pomoc z łaski czy dla poprawy własnego nastroju nie spełni swojego zadania. Ta druga osoba zostanie potraktowana jak przedmiot...

***

I ostatnia sprawa. W Cieszynie od kilku dni został ujawniony problem odkopywania, a w końcu i próby zniszczenia schronu bojowego, który równo 75 lat temu zbudowano na terenie Cieszyna. Przetrwał wiele m.in II Wojnę Światową ale oto 8 sierpnia ekipa budowlana miała zacząć niszczenie stropów. Już dobrych kilka dni wcześniej mieszkańcy alarmowali, że zaczęły się pospieszne prace przy bunkrze - został całkowicie odsłonięty i odkopany. Krzysztof Neścior (założyciel Muzeum 4 Pułku Strzelców Podhalańskich oraz Sekcji Militariów przy Cieszyńskim Klubie Hobbystów, patriota, uczestnik interwencji wojsk NATO w Kosowie jako dowódca drużyny w plutonie rozpoznawczym, a swoją służbę został odznaczony przez sekretarza generalnego NATO medalem ”In Servis Peace and Freedom”)  od lat starał się aby obiekt został zabezpieczony. Nie udało się aż do dnia 8 sierpnia, kiedy zainteresował się problemem wicewojewoda śląski.  Po interwencji głównego konserwatora zabytków w Katowicach wstrzymano prace rozbiórkowe. Około godziny 14 tego dnia kierownik budowy powiedział mi, że "skąd znowu oni niczego tu nie niszczą, a w ogóle to wcale nie jest zabytek". Na szczęście dziś  bunkier został wpisany do rejestru zabytków. Działalność Pana Krzysztofa oraz kilku innych zaangażowanych współpracowników oraz sporej grupy mieszkańców Cieszyna przyniosła pozytywne zakończenie. I to po raz kolejny uświadamia mi, że aby uzyskać spodziewany efekt trzeba rozpocząć działania, najlepiej w grupie innych osób mających ten sam cel. Zamiast siedzenia i narzekania :))


P.S. Konkurs na świadczenia usług rehabilitacyjnych dla dzieci z całościowymi zaburzeniami rozwoju został rozpisany przez NFZ, OREW złożył stosowne dokumenty i teraz czekamy na rozstrzygnięcie. Można? Można!

środa, 06 sierpnia 2014

Mój Starszy Zajączek znowu zachorował, mam wiele, wiele i jeszcze raz wiele obowiązków, a "urlop" idzie nam jak po grudzie ze względu na pogodę i chorobę. Dodatkowo jestem nabuzowana z różnych przyczyn. Wobec powyższego wyszłam na szybką przebieżkę z aparatem żeby się wyciszyć i nabrać proporcji oraz dystansu. Idąc łąkami, polami i wykrotami (jak dobrze, że mam je pod ręką) spotkałam idącego na przeciw mnie człowieka. Byłam zafascynowana obfotografowywaniem motylka więc i na człowieka nie zwróciłam szczególnej uwagi. W uszach miałam słuchawki i słuchałam sobie ulubionej muzyki. Ale akurat traf chciał, że muzyka zamilkła, gdy osoba ta mnie mijała (szła wolno i niezdecydowanie rozmawiając przez telefon). Usłyszałam parę słów, które powiedziały mi, że dzieje się coś złego w życiu tego człowieka. Minęliśmy się jednak i rozeszliśmy w przeciwna strony. Gdy wracałam z mojej włóczęgi, spotkałam tę osobę drugi raz. Siedziała na łące (ale blisko cywilizacji) pogrążając się w smutku (żeby nie powiedzieć rozpaczy) i beznadziei. Przeszłam raz, przeszłam drugi (z dala, nie przeszkadzając). Miałam już wracać do domu, ale powiedziałam sobie, że nie zapomnę, ani się nie uspokoję jeśli nie podejdę... Zawróciłam i spytałam czy mogę w czymś pomóc. Nie mogło być innej odpowiedzi. "Nie" wystrzeliło jak pocisk. Też bym pewnie chciała być sama. Upewniwszy się, że nic tu po mnie, odmaszerowałam.

 

Czy faktycznie mogłam coś zrobić, w czymś pomóc, czemuś zapobiec? Pewnie nie. Ale gdybym sobie poszła bez pytania do teraz czułabym niepokój. Nadal go czuję, ale inny. Coś zrobiłam, spróbowałam, nie minęłam bez słowa. Z tego jestem zadowolona. Choć być może wyszłam na wścibską jędzę lub naraziłam się na śmieszność jak wtedy gdy pod sklepem osiedlowym  zapytałam dyszącego straszliwie faceta, który zgiął się w ukłonie czy wszystko w porządku. Myślałam, że się dusi, a on tylko uprawiał jogging :))

Mam nadzieję, że tej osobie wszystko się poukłada. Jutro też jest dzień...

A czemu o tym piszę? Może jak chcą niektórzy jestem tak zadufana w sobie, że lubię się sobą zachwycać... A może dlatego, że to wcale nie łatwo odrzucić społeczne okowy i zareagować, wbrew nauce, że nie należy się wtrącać... Może dlatego, że ja uważam, że należy... Ten mężczyzna od joggingu był wdzięczny, że się zainteresowałam jego "duszeniem się". Powiedział, że tak rzadko ktoś zwraca uwagę na drugiego człowieka... No właśnie! Wcale się nie śmiał z mojego występu...

Kolorowych snów :)


niedziela, 03 sierpnia 2014

Od kiedy pamiętam podczas terapii pada pytanie "Dlaczego ja?"/"Dlaczego mnie to spotkało?". Pewien bardzo mądry terapeuta, dawno, dawno temu u zarania mojej drogi zawodowej powiedział kiedyś taką ripostę: "No dobrze, zastanów się, ale dlaczego nie Ty". Coś w tym jest!

Pacjenci zawsze mają taki moment kryzysu, złości, przeklinania. To charakterystyczne dla procesu żałoby. Bo rezygnacja z alkoholu/narkotyków lub poczucia omnipotencji w swojej rodzinie (w przypadku osób współuzależnionych) wiąże się z poczuciem dotkliwej straty. A zatem na początku jest niewiara, że mnie to spotyka, potem złość na kolegów, uzależnionego rodzica, Boga, partnera życiowego czy kogo tam chcecie, a kogo obwinia się w takiej chwili o swój obecny stan i konieczność wyrzeczenia się czegoś istotnego. W ogóle w przypadku osób uzależnionych docierają do człowieka własnego ograniczenia (nie tylko wyrzeczenie się używki, ale także grupy ludzi z którymi się piło / brało). W przypadku osób bardzo młodych takie ograniczenie kojarzy się raczej z apokalipsą. 

Kiedy konieczność przeprowadzenia zmiany w życiu wiążę się z przyparciem do muru (śmierci, zawodowego niebytu, utraty wolności, skraju załamania psychicznego) czyli tzw. dna delikwentowi jest łatwiej uznać, że to konieczne, bo trzeba ratować coś bardzo cennego. Cenniejszego niż wóda / kontrolowanie otoczenia. Ale i wtedy pojawia się jak mantra; "Dlaczego mnie to spotkało?", "Dlaczego ja?", "Za jakie grzechy?" itp.

Pogodzenie się z tym, że się jest chorym na ciężką, przewlekłą, śmiertelną (jeśli nie leczona) chorobę jest długim procesem. Podobnie jak pogodzenie się, że tkwi się w chorym i niebezpiecznym układzie i trzeba zacząć zmiany od siebie jest trudne do przełknięcia przez osoby współuzależnione. Według mnie bardzo pomaga takie powieszenie sobie "Ale dlaczego nie ja". Po prostu tak czasem jest, że chorujemy, cierpimy... Nie ma sensu doszukiwać się przekleństwa czy złośliwości losu. Zresztą powiem Wam w tajemnicy, że są gorsze choroby niż uzależniania. Alkoholik w sumie ma tylko jedno ograniczenie, nazwijmy je dietetyczne, unikać jak ognia alkoholu i wszelkich produktów z jego zawartością. Kropka. Tak mało. I tak wiele. Ale mimo wszystko lepsze to niż cukrzyca czy stwardnienie rozsiane. Bo uzależnienie można łatwo zatrzymać i kontrolować (tak wiem, że słowo łatwo jest tu względne), a tamtych chorób już nie. Porządnie leczone uzależnienie czy współuzależnienie niesie też bardzo pozytywne treści i zmienia optykę patrzenia na życie. Można oczywiście zatrzymać się na etapie użalania nad sobą, złoszczenia na pijących rodziców czy kolegów, wynajdować powody swojego obecnego stanu, ale co to da? Nieprzyjemne emocje, które zakończą swą świadomość w knajpie... 

Może ta choroba czy zaburzenie ma coś Ci dać? Może potrzeba Ci doświadczeń życiowych? Skoro to już się wydarzyło - nie żałuj, podnieś się i idź dalej. I bądź szczęśliwy. Tego co było już się nie cofnie... A wiele dopiero przed Tobą - już innym Tobą :))

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40
Napisz do Missjonash Page Rank Check