czwartek, 27 listopada 2014

Dawno nie było żadnego branżowego wpisu. Podczas słuchania muzyki natknęłam się ostatnio na zapomniany kawałek Evanescence "Call me when you're sober" (Dzwoń do mnie gdy jesteś trzeźwy).

Tekst, który nasunął mi potrzebę napisania tej notki w tłumaczeniu na polski brzmi tak (tłumaczenie ze tekstowo.pl):

Nie płacz za mną,
Gdybyś mnie kochał,
Byłbyś tu ze mną.
Chcesz mnie?
Chodź, znajdź mnie.
Zdecyduj się...

Czy powinnam pozwolić Ci upaść?
Stracić wszystko?
Może wtedy byś się opamiętał... 
Nie potrafię przestać wierzyć,
Ale tylko się oszukujemy ,
Mam już dość tego kłamstwa, spóźniłeś się.

Nie płacz za mną,
(...)

Nie mogę wziąć winy na siebie, 
Byłabym chora ze wstydu. 
Przegranie swojej własnej gry musi być wyczerpujące. 
Samolubnie znienawidzony, niewątpliwie znudzony, 
Tym razem nie będziesz grał ofiary, 
Spóźniłeś się.

Nie płacz za mną,
(...)

Nigdy nie dzwonisz do mnie, kiedy jesteś trzeźwy,
Teraz chcesz tego tylko dlatego, że to już koniec... 
To koniec... 

Jak mogłam spalić raj?
Jak mogłam? Nigdy nie byłeś mój!

Więc nie płacz za mną!
Gdybyś mnie kochał,
Byłbyś tu ze mną.
nie kłam mi.
Po prostu weź swoje rzeczy,
Zdecydowałam za Ciebie.

Osoby, które są w związku z osobą uzależnioną od substancji psychoaktywnej bardzo długo nie rozumieją co się dzieje. Próbują próśb, gróź, szantażu, odwracania uwagi. Nic nie skutkuje. Pojawia się myśl o własnej nieudolności, kryzys wiary we własne możliwości i atuty oraz myśl "nie kocha mnie". Bo gdyby kochał (kochała) to przecież bez żadnego trudu zostawiłby (zostawiłaby) narkotyki czy alkohol. To nie takie proste. Po pierwsze osoba uzależniona ma poważne problemy z prawidłowym odczuwaniem emocji. Emocje są rozchwiane, pełne sprzeczności i mocno wiążą się z tym czy akurat substancja psychoaktywna działa czy właśnie przestała działać. Skoki nastroju są niewiarygodne: od nienawidzę cię, odejdź, nic nas już nie łączy do kocham cię, przepraszam, zostań. I to wszystko w ciągu kilku minut. Egoizm i egocentryzm także utrudnia prawidłowe nazywanie i przeżywanie uczuć. Po drugie jednak miłość i przywiązanie faktycznie w większości przypadków istnieją, ale nie jest ani trochę wystarczającym motywem do zaprzestania zażywania. Zresztą utrata kontroli nad używaniem jest jednym z głównych objawów chorobowych. Powiedzenie: "jeśli mnie kochasz przestaniesz kaszleć" jest tak samo skuteczne jak "jeśli mnie kochasz przestaniesz pić". Kaszleć przestajemy gdy znikną bakterie albo wirusy albo czynniki alergizujące, a nie z miłości. Pić czy ćpać przestaje się gdy nieznośne cierpienie i straty z powodu uzależnienia przewyższą nadzieje na relaks, przyjemność oraz lęk przed zespołem abstynencyjnym. 

Druga strona medalu osoba kochająca osobę uzależnioną musi się często zdecydować jak tę miłość okazać. Jeśli motorem jej (jego) działania jest miłość to aby odniosła skutek musi być "twardą miłością". (Inna rzecz, że napędem do działania często są inne emocje niż miłość: chęć odegrania, się, wygrania, potrzeba dominacji. Takie intencje zostaną wychwycone i wojna gotowa). Jeśli ktoś kocha osobę uzależnioną (tak naprawdę) to z miłości pozwoli jej upaść i ponieść konsekwencje jej zachowań. Najtrudniej to przekazać mamom osób uzależnionych. Większość matek jest tak skonstruowana, że będę chronić swoje dzieci, podnosić, ratować. A tu akurat przynosi to odwrotny skutek, bo przedłuża agonię

A więc w bliskiej relacji z osobą uzależnioną najlepsza droga działania to "kocham Cię i dlatego pozwolę Ci upaść tak nisko jak potrzebujesz aby zacząć zdrowieć". I postawienie sobie i tej drugiej osobie rozsądnej granicy, poza którą już nie ma na co czekać. Tekst powyższej piosenki pięknie mi się w te dywagacje wpisuje.

wtorek, 25 listopada 2014

Od jakiegoś czasu moją uwagę przykuło znane do dawna zjawisko, które można podsumować stwierdzeniem: "cudze chwalicie, swego nie znacie".

I od razu mała dygresja. Nie jestem tak naiwna, jak uważają niektórzy nowo napływający Czytelnicy. Jeśli piszę o jakimś negatywnym zjawisku, które jest powszechnie znane to nie dlatego, że właśnie je odkryłam, tylko aby pobudzić siebie i innych do refleksji i dyskusji. Wiem, że czasem te notki przynoszą wymierny efekt w postaci zwalczenia jakiegoś stereotypu, nabrania odwagi do działania itp. O to właśnie mi chodzi, sukcesem jest zmotywowanie kogoś do rozważenia zmiany. Skoro udało się na tym blogu doprowadzić do kulturalnej i sensownej wymiany zdań to to jest sukces. Mimo iż naiwnym jest wierzyć w możliwość spokojnej dyskusji osób o skrajnych opiniach to tu się to udało. Koniec dygresji.

Zastanawiam się dlaczego tak jest, że wiele środowisk nie potrafi wykorzystać potencjału w nich tkwiącego. Nie potrafi, nie z braku kompetencji tylko z powodu zawiści.  Może zresztą ja to źle oceniam. Namawiam do dyskusji.

W Cieszynie mamy troje olimpijczyków uprawiających snowboard: dwukrotną brązową medalistkę Paulinę Ligocką i jej dwóch kuzynów: Michała i Mateusza Ligockich. Michał Ligocki 11 listopada został mistrzem świata na polu w Durbanie, biorąc udział w światowym finale cyklu World Golfers Championship w RPA. Kuzynostwo Ligoccy mieszkają w Cieszynie. Ich potencjał jako ambasadorów miasta w Polsce i na świecie jest zupełnie nie wykorzystany. Krótka notka o tym zwycięstwie na stronie www.cieszyn.pl pojawiła się dopiero 19 listopada. Nie zauważyłam szczególnego szaleństwa w prasie i na portalach internetowych (lokalnych). Wisła jest dumna z Adama Małysza, Kasina Wielka - z Justyny Kowalczyk, a Cieszyn?

Mamy w Cieszynie Janusza Rokickiego, dwukrotnego wicemistrza paraolimpijskiego, kulomiota, który również ma na swym koncie mistrzostwo Europy. Do czasu wyborów nie zauważyłam aby jego osoba i nazwisko było szczególnie wykorzystane do promocji naszego pięknego miasta. Bardzo szkoda!

Mamy w Cieszynie także Marię Juroszek, która jest wicemistrzynią świata osób niepełnosprawnych w armwrestlingu. Pani Maria musiała uzbierać środki na udział w zawodach na własną rękę, prosząc o wsparcie i sponsoring znajomych. Udało jej się pojechać na zawody jednak została z ogromnymi (jak dla niej) długami. W ostatnim czasie jednak Stowarzyszenie SCI z Cieszyna wsparło naszą sportsmenkę. Publikacja relacji o tym zbiegła się z ostatnim dniem kampanii wyborczej, ale i tak się cieszę. Pani Marii życzę dalszych sukcesów. A Cieszynowi wykorzystanie kolejnego mocnego nazwiska do promocji miasta. Liczę na to.

Aby nie zamykać się w kręgu sportu dodam jeszcze jedno nazwisko, które według mnie nie zostało wykorzystane aby przybliżyć Cieszyn np. młodym ludziom. Marcin Wieczorek był jeszcze nie tak dawno wokalistą zespołu folkmetalowego: Radogost (pisałam o zespole na blogu). Obecnie zaczął nowy projekt pod nazwą River of Time, jak rozumiem trwa właśnie przygotowywanie pierwszego albumu. Uczciwie powiem, że nie zauważyłam szczególnego szaleństwa wokół Radgosta (i Marcina), a przecież zespół nie jest anonimowy, ma rzeszę fanów, z powodzeniem mógł być marką eksportową w Polsce i Europie. Teraz to samo dotyczy River of Time, mamy swój zespół, którym można się pochwalić. Czy wykorzystamy to?

W Cieszynie istnieją także organizacje pozarządowe, które były prekursorami ekonomii społecznej w Polsce. Do tej pory do Fundacji Rozwoju Przedsiębiorczości Społecznej "Być Razem" przyjeżdżają niezliczone grupy osób, z całej Polski (i czasem z innych krajów ), aby zapoznać się ze sposobem funkcjonowania i poznać metody działania tego miejsca. Główny inicjator i twórca tego miejsca za swoją działalność otrzymał m. in nagrodę Polskiej Rady Biznesu im. Jana Wejcherta w kategorii "Działalność społeczna" za umiejętność łączenia działalności społecznie użytecznej z komercyjną. Gala była transmitowana na całą Polskę. Był kolejny powód do dumy z naszego miasta. Ale wiele środowisk udawało i nadal udaje, że tego nie ma. Dyskredytuje się osiągnięcia Mariusza Andrukiewicza (Polska Rada Biznesu chyba nie przyznałaby tej nagrody bez solidnego namysłu i podstaw) zamiast się nimi chwalić. To kolejna zmarnowana promocja. Osobiście gdyby nielubiany przeze mnie cieszyniak zdobył taką prestiżową nagrodę pisałabym o tym na blogu do bólu. Bo to powód do chwały miasta, szansa na "zwabienie" inwestorów i turystów. W tym kontekście wspomnę także nie do końca zaprezentowane wyniki sportowe obecnego radnego Czesława Banota, który zdobył do 2004 roku 55 medali na mistrzostwa Polski osób niepełnosprawnych w pływaniu. Pan Radny nie jest z mojej bajki, ale trudno jest wyszukać informacje o jego triumfach sprzed lat.

Działalność promująca miasto często jest utrącana albo ignorowana na zasadzie: "bo to nie moje" albo "bo to nieodpowiednia osoba". No i jest ryzyko, że osoba wykonująca tę działalność będzie miała jakiś zysk z promocji. Myślę, że trochę na tej zasadzie rok temu został lekko zignorowany mój blog podczas konkursu "Blog Roku 2013". Grupa osób kluczowych w mieście wiedziała o konkursie i możliwości wypromowania Cieszyna także tym kanałem. Z jakichś powodów i ta szansa nie została wykorzystana.

Mogłabym tak z nieskończoność (jest jeszcze Ireneusz Jeleń, Jan Błachowicz), ale po co?  Nie wiem też czy  w niektórych przypadkach pozostawanie w cieniu nie jest zamiarem wymienionych tu osób, ale ja to widzę jako zmarnowane szanse. Przykładów już wystarczy. A ja zapraszam do dyskusji: czemu tak się dzieje?

P.S. Otrzymuję właśnie nazwiska na priva: Krzysztofa Neściora, Władysława Hołdysa itp. Obiecuję napisać cykl o sławnych cieszyniakach :))

poniedziałek, 24 listopada 2014

Podczas ostatnich kilkunastu tygodni miałam okazję uczestniczyć w kilku internetowych dyskusjach pod artykułami i wywiadami. Za każdym razem (z wyboru) występowałam tam podpisana imieniem i nazwiskiem. Dyskutowałam z anonimowymi bywalcami lokalnych portali o wdzięcznych nickach lub z anonimami bez ksywy. Mimo iż czasem nerwy mnie zawodziły (zdarzyło mi się nawet napisać bzdury z niemocy i złości), jednocześnie starałam się obserwować tę dyskusję jakby z boku i wyciągać wnioski. Starałam się także dyskutować merytorycznie i jak najgrzeczniej się da.

Wnioski jakie wyniosłam z tych doświadczeń w dużej mierze są oczywistą oczywistością ale teraz mam konkretny materiał. Anonimowość pozwala na popuszczenie hamulców społecznych. Bez większych problemów używa się zwrotów obraźliwych, stereotypowych. Mam szczerą nadzieję na spotkanie twarzą w twarz z jednym z najbardziej aktywnych komentatorów. Jestem bardzo ciekawa czy na żywo mój anonimowy rozmówca mógłby tak jak w sieci powiedzieć kobiecie, że macica rzuca jej się na mózg. Co prawda to akurat nie było skierowane do mnie, ale w mojej obecności. Grrrr. Jak już wcześniej napisałam spotkałam się w sieci z tak zmasowanym atakiem na konkretną osobę, na jej działalność, na znane mi miejsca pracy i działalności społecznej, że nie mogłam w to uwierzyć, I z jednej strony rozumiem kampanię wyborczą i jej brudne prawa - chęć zdobycia władzy za wszelką cenę, z drugiej jednak sprawa wychodziła poza zwykłą politykę. Fundacja "Być Razem" i jej prezes zostali zasypani zarzutami o niesprawiedliwe traktowanie na rynku pracy (pożyczki dla Fundacji ze strony miasta). Fora internetowe zaroiły się oskarżeniami o naciąganie budżetu miasta. Dowiedziałam się z nich, że to niepotrzebna i szkodliwa działalność. Lokalni biznesmeni okazywali dużo złości, że przedsiębiorstwo społeczne otrzymuje wsparcie w postaci pożyczki. Wystarczy posłać towarzystwo do pracy na normalnych warunkach i tyle, a nie wspierać w jakikolwiek sposób miejsce gdzie zatrudniani są ludzie, którzy mieliby problemy na "normalnym rynku pracy": osoby długotrwale bezdomne, doświadczające długotrwale krzywd we własnym itp. Dla mnie sytuacja jest oczywista: takie osoby potrzebują ułatwienia w powrocie na rynek pracy, a ich zatrudnianie odciąża budżet miasta, bo nie trzeba już im wypłacać zasiłków z pomocy społecznej (nieraz latami). Zainteresowanych odsyłam do mojej notki o Fundacji żeby wyrobić sobie zdanie o jej działalności. Oto notka: "Ryba zamiast wędki".

Zarzuty wyborcze to jedno, obraźliwe stwierdzenia to drugie. Zauważyłam jednak i inne ciekawe sprawy. Z duża dozą prawdopodobieństwa (nieraz graniczącego z pewnością) obserwowałam dyskusję jednej osoby ze sobą samą pod różnymi nickami. Zabieg mający na celu zastraszenie dyskutanta siłą liczebną. Kolejna ciekawostka: powracanie pod dowolnym artykułem do tego samego tematu np. obrażania jednego z kandydatów na burmistrza. O ile miało to sens przed pierwsza turą, o tyle teraz świadczy tylko o zacietrzewieniu i ślepej nienawiści. Specyfiką dyskusji były także różnego rodzaju ataki personalne, nieraz wulgarne, choć nie prokuratorskie. I zobaczyłam jak na dłoni jeszcze jedną sprawę, która będzie treścią kolejnej notki: nikt nie jest prorokiem we własnym miejscu. Ktoś kto w Polsce (i na świecie) jest dostrzegany i nagradzany - w lokalnej społeczności często budzi raczej nienawiść, zawiść i inne tego rodzaju przeżycia. Smutne.

sobota, 22 listopada 2014

Kilka tygodni temu w moim mieście doszło do dramatycznego wydarzenia (nie pierwszego niestety). Pewien młody chłopak usiłował popełnić samobójstwo, jednak grupa jego znajomych uratowała mu życie i po reanimacji trafił do szpitala na odział ratunkowy. Po tym wydarzeniu słychać było różnego rodzaju plotki, prawdy, półprawdy i kłamstwa na temat tego wydarzenia i jego konsekwencji. Trzykrotnie słyszałam z różnych źródeł, że chłopak ten nie żyje. Długo powtarzano z ust do ust informację, że z pewnością nie przeżyje, a nawet jeśli to będzie "warzywem". Fakt faktem, że był na intensywnej terapii dość długo. Nie chcę podawać żadnych szczegółów, ale wygląda na to, że nie miał prawa przeżyć.

Potrzeba sensacji i czarnowidztwo rozwijały się w związku z powyższym na potęgę, jak to w życiu.

A co stało się na prawdę?

1) chłopak będzie żył, co więcej nawet jeśli doświadczy dysfunkcji to znikomych;

2) jest przytomny, można się z nim bez przeszkód porozumiewać;

3) codziennie przy szpitalnym łóżku siedzą jego koledzy i koleżanki ucząc się lub doszkalając w dobrych emocjach: empatii i współczuciu;

4) znam co najmniej 3 przypadki gdzie to wydarzenie doprowadziło do "przemiany duchowej" a przynajmniej do solidnego poprawienia zachowania rówieśników owego nastolatka;

5) W większości szkół zapotrzebowano (i odbyły się) warsztaty na temat samobójstw wśród młodzieży - jest to doskonała profilaktyka tego rodzaju tragedii.

***

Jak już wielokrotnie wspominałam samobójstwo niemal wyłącznie jest czynem osoby, która nie widzi innego wyjścia, a nie jej wyborem. Często od otoczenia zależy czy człowiek przeżyje czy nie. Należy wybyć się lęków, wstydu i innych tego rodzaju emocji, gdy ktoś sygnalizuje nam taki zamiar. W takiej sytuacji trzeba powiadomić kogoś kompetentnego: rodzica, pogotowie czy policję. To nie ważne, że ta osoba może będzie na nas zła. Należy dać jej możliwość aby się rozzłościła. Lepiej być rozzłoszczonym i obrażonym niż martwym... Więcej o problemie samobójstwa w notkach: "Po interwencji" i "Samobójstwo" i "

czwartek, 20 listopada 2014

W kwietniu powstała notka pod tytułem "Klony na ul. Sienkiewicza - list otwarty do Burmistrza Miasta Cieszyna" i druga "Klony raz jeszcze". Burmistrz Mieczysław Szczurek zdecydował wtedy o wycince 7 klonów z powodu ich nikłych walorów estetycznych oraz zagrożenia bezpieczeństwa, parkujących swoje samochody pod drzewami, mieszkańców. Po medialnej burzy (w której brałam znaczny udział) sprawa została skierowana do Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Katowicach, który postanowieniem z września br. nie zezwolił na wycinkę. Miejski Zarząd Dróg odwoływał się od tej decyzji do Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Warszawie. Ta instytucja 5 listopada podtrzymała decyzję o niewycinaniu drzew. Oba organy uznały, że drzewa nie stanowią zagrożenia ani utrudnienie dla ruchu drogowego. Stwierdzono także, że drzewa zostały zaniedbane i należy się nimi zająć, podcinając gałęzie, usuwając wyschnięte części itp. Polecam artykuł opisujący całą walkę o klony - link TUTAJ

Klony zostają :)) dla przypomnienia zdjęcie z kwietnia:

Sprawa z klonami, po raz kolejny udowadnia, że bierność nie popłaca. Tak samo jak w przypadku pozbawienia OREW w Cieszynie kontraktu na rehabilitację dzieci*, tak i w tej sprawie zwykli ludzie podjęli działanie. Były listy otwarte, petycje, występy telewizyjne, radiowe, sprowadzanie dziennikarzy. W przypadku klonów były nawet klepsydry przyczepione do drzew. Wszystkie te działania przyniosły skutek. OREW dostał kontrakt NFZ, a klony będą żyły długo i szczęśliwie. Warto walczyć w słusznej sprawie, warto korzystać ze swoich praw i możliwości. Demokracja wcale nie jest taka zła.

* - dla ciekawych notka o OREW i walce o kontrakt TUTAJ

środa, 19 listopada 2014

Cała kampania przypomniała mi, że jestem socjologiem. Po drugie odezwało się słabe echo tego, że blog był kiedyś blogiem czysto politycznym. Choć brałam udział w tych wyborach postaram się zaprezentować jak najobiektywniejszy obraz sytuacji.

W wyborach na burmistrza brało udział 12.436 osób z 27.879 uprawnionych do głosowania czyli 44,61%. (o 2,2% więcej niż 4 lata temu). Głosy rozłożyły się niemal równo. Różnica między I miejscem a V to tylko 566 głosów! Różnica, która zadecydowała o dostaniu się do drugiej tury to 32 głosy!!! Kandydaci szli, można by powiedzieć kolokwialnie, łeb w łeb.

1) MACURA Ryszard - 2765

2) SZCZUREK Mieczysław - 2527

3) ANDRUKIEWICZ Mariusz - 2495

4) HEROK Krzysztof - 2213

5) ŁABAJ Danuta - 2199.

W drugiej turze wezmą udział: obecny burmistrz Mieczysław Szczurek i Ryszard Macura, który już został radnym powiatowym (tak czy inaczej we władzy udział mieć będzie). Natomiast burmistrz do rady powiatu się nie dostał i walczy o być albo nie być.

Kandydaci do fotela burmistrza z wyjątkiem Mariusza Andrukiewicza kandydowali albo do Rady Miasta, albo do Rady Powiatu. Nie dostał się jedynie Mieczysław Szczurek. Krzysztof Herok został radnym w Cieszynie, a Pani Łabaj i Pan Macura zostali również radnymi powiatowymi. Jest duża szansa, że Ryszard Macura będzie wybierał stanowisko :))

Jeśli chodzi o wyniki do Rady Miasta to wygrał bezapelacyjnie Komitet Wyborczy Wyborców Mariusza Andrukiewicza zdobywając 11 głosów w 21 osobowej Radzie Miasta. Dostały się także 4 osoby z Cieszyńskiej Inicjatywy Samorządowej, 3 osoby z PO, 2 z Komitetu Wyborczego Wyborców Krzysztofa Heroka (Pan Herok i moja kontrkandydatka) i jedna z lewicy.

Okazuje się, że kampania bezpośrednia nie jest w niczym lepsza od plakatowej (tony banerów i ulotek dały taki sam wynik jak bezpośrednia kampania domowa).

Patrząc na rozkład głosów liczyła się najbardziej znajomość osobista kandydata i jego przynależność do komitetu (czy szczerzej partii, która komitet firmowała, czy była obecna w tle). Potwierdziła się generalnie tendencja widoczna w wynikach ogólnopolskich. Górą był PiS (do rady powiatu wygrał u nas bezapelacyjnie zbierając 12 mandatów z 29). Nawet jeśli tylko delikatnie promieniował zza pleców kandydatów z lokalnych ugrupowań to dawał przewagę. Podobnie druga była PO. Kampania lidera przekładała się na dużą ilość głosów w okręgach nawet dla osób zupełnie biernych. Tzw. "niezadowoleni" ponieśli sromotną klęskę, o lewicy już nie wspominając. Nasz Komitet (bezpartyjni) wziął wszystko w Radzie, ale nie ma szans na główną władzę.

Kolejna rzecz: nie do pobicia byli obecni radni. Tylko w dwóch przypadkach nie zostali wybrani. W jednym z powodów osobistych kandydata, w drugim z biernej postawy w opozycji do bardzo aktywnej kampanii kontrkandydatki (naszej koleżanki). Pozostali dostali się bez żadnych problemów, nawet jeśli byli bez jakiegokolwiek zaplecza politycznego, wygrywając miażdżącą ilością głosów.

Ludzie wolą to co znają, boją się zmian. Bo jak inaczej wytłumaczyć awans do drugiej tury obecnego burmistrza, którego jeszcze pół roku temu chciano odwoływać w referendum. Ogrom niezadowolenia jest trudny do opisania. A jednak 2527 osób zagłosowało za tym co jest.

***

Kończąc prywatą: zabrakło mi "stelości", moi sąsiedzi poszli do głosowania w dużo mniejszej ilości niż sąsiedzi mojej kontrkandydatki. Co tu z resztą ukrywać, Pani, która weszła z mojego okręgu do Rady Miasta ma dużo większe doświadczenie, mieszka tu ze trzy razy dłużej niż ja, udziela się w większej ilości lokalnych organizacji. Na tym chyba kończy się moja przygoda z lokalną polityką. Za 4 lata będę miała jeszcze mniejsze szanse z tą Panią niż 16 listopada. Dodatkowo wiele głosów odpłynęło, gdy ludzie czytali na portalach internetowych niewyszukane teksty o Mariuszu jako o złodzieju, będącym w brudnych układach. Atak był tak zmasowany (i tylko na Mariusza), że wielu ludzi mówiło potem: "e, nie będę na niego głosować - w tym musi coś być, za wiele tego piszą". Rykoszetem dostałam i ja, gdyż próbowałam dyskutować z tymi niesprawiedliwymi i obrzydliwymi insynuacjami. Mariusz musiał się jawić jako najgroźniejszy kandydat, bo cała kampania negatywna skupiła się na nim. Ileż to można było wyciągnąć prawdziwych brudów o innych, a nikt tego nie robił. Ciekawe!

 ***

Najważniejsze, że nie mam się czego wstydzić, zrobiłam wszystko uczciwie, przyzwoicie, postarałam się dotrzeć do największej ilości ludzi. Nie stosowałam brudnych chwytów. nie wisiałam na drzewach, płotach i latarniach. Nie zasypywałam skrzynek ulotkami. Było warto brać w tym udział, choćby dlatego, że powstał zespół 21 osób z różnych środowisk, w różnym wieku, z różnymi doświadczeniami zawodowymi. Miło mi było z nimi współpracować, cieszę się, że ich poznałam. Życzę 11 moim współtowarzyszom z Komitetu powodzenia i trafnych decyzji w Radzie Miasta. Dla dobra Cieszyna!

niedziela, 09 listopada 2014

Od początku prowadzenia tego blogu wielokrotnie dawałam wyraz pesymistycznemu widzeniu współczesnej młodzieży. Pytałam głośno: "czy tylko ja mam takie doświadczenia, czy taką mamy rzeczywistość?" Chyba raczej specyfika mojej pracy spowodowała czarnowidztwo.

Ostatnimi czasy prowadziłam w 2 szkołach ponadgimnazjalnych warsztaty profilaktyczne. Miałam zajęcia łącznie w 8 klasach pierwszych. Na tyle starczyło czasu w ramach projektu. Na początku takiego spotkania prosiłam o anonimowe wypełnienie ankiety. Po ustaleniu wyników odnosiłam się do nich w trakcie warsztatu. Nie są to badania naukowe na wystarczającej próbie, ale wyniki podniosły mnie na duchu. 

Przypomnę tylko, że Cieszyn jest miastem granicznym, że za Mostem Przyjaźni znajduje się wiele miejsc gdzie można kupić marihuanę (mniej lub bardziej czystą). Z tego powodu w naszej okolicy zdecydowanie mniej jest używania innych środków zmieniających świadomość. Skoro taka "dobra, naturalna i zdrowa" używka jest dostępna na wyciągnięcie ręki to po co truć się chemią - to ulubione stwierdzenie znanych mi nastolatków. Z marihuaną raczej przegrywają u nas dopalacze i pochodne amfetaminy. Im dalej od granicy tym te proporcje się zmieniają.

Wracając do warsztatów i ankiety. "Przebadałam" 167 osób w wieku 16 lat z pierwszych klas zawodówki lub technikum. Byłam przekonana, że bardzo dużo młodych ludzi próbowało już marihuany. Okazało się jednak, że używało jej prawie 29% badanych nastolatków. Jak myślicie, który narkotyk był zdecydowanie bardziej popularny? Kto pomyślał właśnie o alkoholu - zgadł doskonale. 78% tych nastolatków używało już alkoholu. Drugim był oczywiście tytoń: połowa (84 osoby) paliła już swojego pierwszego papierosa. Natomiast prawie 22% tych młodych ludzi poprawiło mi nastrój gruntownie - do dnia "badania" nie używali żadnych środków zmieniających świadomość! Tyle suche liczby. Oprócz nich z dyskusji wyłoniła się prawda, że nawet Ci którzy używali już tych narkotyków, w zdecydowanej większości zrobili to raz lub okazjonalnie. Tylko około 30% używa środków psychoaktywnych częściej. W tej grupie są już nadużywający i uzależnieni także. Przyznawali się w trakcie zajęć jedynie do uzależnienia od tytoniu.

To co poprawiło mi nastrój w drugiej kolejności to zdrowe pasje jakie realizują młodzi ludzie. Od najróżniejszych sportów, przez fotografię, malowanie, komponowanie i granie muzyki, wolontariat, a skończywszy na pisaniu książki :)) Najbardziej zapadł mi w pamięć chłopak rysujący ciekawe grafiki, chłopak zajmujący się kowalstwem artystycznym i jeden piszący opowiadania i książkę.

Okazało się także, że zadają sensowne pytania, potrafią logicznie myśleć, umieją kulturalnie rozmawiać i są nastawieni na pomaganie. Nie wszyscy oczywiście, ale wystarczająco duża grupa abym się uspokoiła co do przyszłości narodu :))

***

Na koniec wieści z kampanii wyborczej. Jesteśmy już wszyscy na ostatniej prostej. Wolno pojawia się zmęczenie i lekkie napięcie. Dziś szłam po ulicy za pewną damą w średnim wieku i słuchałam, jak to wszyscy kandydaci chcą się dorwać do żłobu i koryt. Że zamiast zajmować się bzdurami to mamy wziąć się do pracy. I jakie straszne głupoty opowiadamy (pani rozmawiała z kimś przez telefon komórkowy i bardzo głośno komentowała poczynania naszego komitetu). Przykro mi było. Najpierw zastanawiałam się o jakim korycie myśli: o tych 400 zł diety? Jeśli mam być szczera to gdybym myślała o kandydowaniu tylko w kategoriach ekonomicznych to od razu odpuściłabym sobie ten pomysł. Potem myślałam, o jakie głupoty jej chodzi i czemu nie stanęła przy nas porozmawiać. Bo wielu innych ludzi podchodziło, rozmawiało, mówiło o swoich wątpliwościach czy oczekiwaniach. Już za tydzień okaże się jaki efekt przyniosły setki rozmów i spotkań. 

A Czytelników namawiam do wyprawy do urny i oddanie głosu zgodnie z sumieniem i oczekiwaniami.

niedziela, 02 listopada 2014

Kneź chciał aby napisać co ludzie mówią, gdy spotykam się z nimi jako z potencjalnymi wyborcami. Reakcje są bardzo różne i można je pogrupować następująco:

1. zaskoczenie i zadowolenie, że kandydat chodzi od domu do domu i stara się ludzi wysłuchać i z nimi porozmawiać;

2. niedowierzanie ze strony tych, którzy sparzyli się 4 lata temu na kandydacie, który ówcześnie odwiedził kilka budynków w 'moim" okręgu;

3. zaciekawienie i otwartość;

4. niechęć do polityki i polityków w ogóle: "mnie to nie interesuje";

5. niechęć do mnie personalnie jako do kontrkandydatki kogoś na kogo chce się głosować;

6. Zadowolenie, że nie jestem członkiem żadnej partii (bardzo często pada to pytanie zaraz na początku rozmowy).

Odwiedziłam już około 450 mieszkań. Z tego 348 kontaktów zakończyło się sukcesem w postaci dłuższej lub krótszej rozmowy. Takie spotkania trwają od kilku minut do 1,5 godziny. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, że część osób zaprasza mnie do domu. Takie rozmowy są bardzo konstruktywne, bo ludzie mają wiele bardzo mądrych pomysłów. I tak to sobie wyobrażam: to nie władza ma wiedzieć co dla ludzi jest dobre. Władza ma zbierać informacje o potrzebach ludzi i zaspakajać je zgodnie z możliwościami. 

Efekt moich wizyt jest taki, że pół osiedla mi się kłania (robię to pierwsza jeśli kojarzę człowieka, ale zdarza się, ze w tej liczbie kilkuset odwiedzonych jakaś twarz mi umyka). Zdarza się także, że gdy wsiadam do autobusu to najwłaściwiej byłoby dygnąć wszystkim, bo większość już rozpoznaję :) Kłaniają mi się nawet ludzie, którzy mnie pogonili. Zdarza mi się także coraz częściej kontynuować rozmowy z domów w autobusie czy na ulicy. I tak to powinno według mnie wyglądać przez 4 lata.

A co ludzie mówią? Mówią, że ich dzieci są w Wielkiej Brytanii albo Krakowie (bo nie znalazły pracy na miejscu). Mówią, że zawiedli się na zbyt wielkiej liczbie kolejnych polityków i do wyborów już nie pójdą bo nikomu nie ufają. Mówią, że ktoś kto się dostaje do polityki zmienia optykę a wielu się zeświniło. Mówią, że im nie starcza do pierwszego. I mówią, że Cieszyn jest piękny (choć rozkopany z powodu wymiany kanalizacji), ale że nie ma tu pracy, perspektyw, dworca PKS, połączeń kolejowych... Że kochają to miasto, ale ono umiera...

Też kocham to miasto i będę na jego rzecz działać dalej. A w jakim charakterze to się okaże za kilkanaście dni :)

Rotunda Św. Mikołaja 

 ul. Ludwika Kluckiego

 Widok na Most Przyjaźni

Widok na Krytykę Polityczną i Most Przyjaźni 

Kościół Jezusowy 

Sarkofag Johanna Demla von Elswehr na Cmentarzu Komunalnym 

 

Piękne miasto... Znalazłam swoje miejsce i nie chcę się już z niego nigdy na dłużej ruszać.

poniedziałek, 27 października 2014

Kampania wyborcza wysysa mój czas i siły. Do tego dochodzą choroby Zajączków. Ale to nie oznacza, że przestałam pracować. Na marginesie: dziś otrzymałam pytanie czy jak zostanę wybrana do Rady Miasta to przestanę pracować :)) Spytałam zwrotnie: a za co będę żyć? Nie wiem jak w innych gminach, ale w naszym pięknym grodzie znad Olzy radny otrzymuje 400 zł diet za miesiąc. Tak więc sprawa wyjaśniona: niezależnie od wyniku wyborów będę pracować dalej.

A teraz temat notki, która siedzi mi nienapisana w głowie od dobrych kilkunastu dni. Wiele razy już pisałam o marihuanie, która jawi się wielu młodym ludziom jak zwykłe lecznicze zioło mające zapobiegać wystąpieniu astmy, stwardnienia rozsianego lub AIDS, nie mające specjalnego wpływu na funkcjonowanie czy procesy myślenia (no chyba, że wzmaga twórcze myślenie i artystyczną ekspresję), mające być także panaceum na nudę, problemy życiowe itp. Brzmi fajnie jak się słucha tego z ust nastolatka, który z wypiekami na twarzy i fanatycznym wzrokiem dowodzi swoich racji. Gorzej gdy taki upalony delikwent siada naprzeciwko mnie... Ostatnio zdarza się coraz częściej, że rozmawiam z nietrzeźwym nastolatkiem, który nie był w stanie wytrzymać napięcia i zapalił niedługo przed spotkaniem. Różnie te rozmowy przebiegają. Zdarza się nadnaturalne rozbawienie i radosny śmiech. Zdarza się odpływanie myśli i dziwne teksty nie na temat oraz spowolnienie reakcji. A już najczęściej w takiej sytuacji zdarza się przekraczanie granic i zupełne pomieszanie ról. Generalnie zaś nie sposób się porozumieć. To, że ktoś nie był w stanie wytrzymać z zapaleniem jointa najczęściej oznacza utratę kontroli (jeden z objawów uzależnienia). Acha, najaranie się nie oznacza automatycznie, że będzie zabawa... Otóż zdarza się, że słyszę pretensje: jak paliłem i rozmawiałem z kumplami to był chilliout (totalny relaks) a jak rozmawiam z panią to mi się płakać chce (sic!). Muszę być straszna :( Niezależnie od tego co powiedzą obrońcy marihuany to zmienia ona świadomość i nie zawsze jest to dobra zmiana... I jak już wiele razy wspominałam zdarzają się powikłania z objawami psychotycznymi np. urojeniami, że ktoś czyta w myślach, że jest się zagrożonym itp. Ostatnio mocno dorosły pacjent, który ma za sobą długotrwałe używanie marihuany i jest od niej uzależniony, choć utrzymuje abstynencję od długiego czasu, stwierdził, że teraz widzi jak na dłoni sposoby przedsiębiorców na omotanie młodych ludzi. Opowiadał mi także jak wielu jego znajomych trafiło do szpitali na odziały psychiatryczne z różnych powodów (uaktywnienie się poważnych zaburzeń psychicznych lub krótkotrwałych epizodów z halucynacjami i wspomnianymi już urojeniami).

Inna rzecz, że nie trzeba posiłkować się trawą. Wystarczy aby trzeźwy podyskutował z osobą pod wpływem alkoholu, aby zrozumieć o czym piszę. Trudno się jest porozumieć, gdyż osoba pod wpływem alkoholu myśli inaczej. Już od najmniejszej dawki ma wydłużony czas reakcji, rozproszoną uwagę, stopniowo staje się potencjalnie drażliwa (bardzo łatwy przeskok od wesołości do złości).  Aby nie szukać dalej: ile razy zdarza się, że osoba pod wpływem alkoholu wykrzykuje: "Ja???! Ja pijany?" 

wtorek, 07 października 2014

Przeczytałam już bardzo dużo opracowań i artykułów na ten temat. Ostatnio mam okazję sprawdzić tę tezę na żywo. Przypominam sobie, że jestem z wykształcenia socjologiem gdy rozmawiam z dziesiątkami mieszkańców naszego osiedla. Poczyniłam następujące obserwacje (które przede mną poczynili także inni):

1. Rozluźniły się więzi sąsiedzkie. W niektórych miejscach całkowicie - ludzie nie rozmawiają ze sobą w ogóle, idą do mieszkań i zamykają się w nich odcinając od sąsiadów (bliższych i dalszych);

2. Jeśli więzi sąsiedzkie istnieją to raczej w grupach osób powyżej pięćdziesiątego roku życia.

3. Ludzie są zniechęceni i zniesmaczeni bardzo częstymi wizytami domokrążców (którzy namawiają do wpłat na organizacje broniące praw zwierząt lub ludzi, sprzedają jajka lub odkurzacze itp.). Każdy dzwonek do domofonu w większości traktują nieufnie...

4. Ludzie wracający po pracy do domu są zmęczeni, chcą zamknąć za sobą drzwi i mieć święty spokój. Odpoczynek w dużej mierze jest pasywny, w domu przed telewizorem lub komputerem. Mało jest ludzi spędzających aktywnie czas.

5. Duża grupa ludzi zniechęciła się do polityków i polityki. Ludzie ci twierdzą, że nie pójdą już na żadne głosowania, bo zostali oszukani przez kolejne ekipy (ogólnopolskie lub lokalne) i nie zaufają po raz kolejny.

6. Kolejna duża grupa ludzi chce w ogóle nie chce mieć nic wspólnego z polityką - nie na skutek zawiedzionych nadziei tylko na skutek programowego negowania polityki. Ponieważ są to młodzi ludzie wnioskuję, że przejęli takie myślenie z domów rodzinnych (patrz punkt wyżej).

7. Osoby, które chcą porozmawiać o polityce mają najczęściej dokładnie wyrobiony pogląd kogo i dlaczego chcą poprzeć.

Doświadczenie spotkania tak wielu różnych ludzi jest bardzo interesujące. Mimo iż przed wyruszeniem w drogę odczuwam zawsze pewien delikatny niepokój to zdecydowanie przeważa zaciekawienie co spotka mnie tym razem. Niektóre rozmowy są niesamowicie budujące, dowiaduje się wielu nowych rzeczy, poznaję Cieszyn i moje osiedle z innej strony. Dla moich rozmówców ta sytuacja też jest najczęściej zupełnie nowa. Ludzie mówią mi, że pierwszy raz w życiu zetknęli się z kandydatem, który rozmawia bezpośrednio z mieszkańcami.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42
| < Listopad 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Napisz do Missjonash

Page Rank Check