czwartek, 18 grudnia 2014

Zabierałam się za tę notkę od kilku dni. Bo kilka dni temu zdarzyło się w Polsce coś koszmarnego, co według mnie wymaga komentarza. Oto para nastolatków z premedytacją szlachtuje rodziców chłopaka, a potem wybierają się na spotkanie z fanami "poetki" - mordercy. Nie mogę uwierzyć (wiem, jestem bardzo naiwna), że nastolatek jest wstanie zabić ulubionego psa, patrzeć na mordowanie swojego taty a na koniec poderżnąć mamie gardło nie będąc w zaawansowanym nałogu lub z zaburzeniami psychicznymi. Ona ma zaburzenie osobowości typu antyspołecznego (tak mi się wydaje opierając się na doniesieniach prasowych - możliwe, że błędnie) czyli po staremu jest psychopatką. Zweryfikują to wkrótce biegli. Ale tytułowe pytanie nie odnosi się do tej pary bezwzględnych morderców.

Wiedząc, że napiszę tę notkę i podejrzewając, że trafnie przewiduję przyszłość sprawdziłam profil morderczyni na znanym portalu społecznościowym kilkadziesiąt godzin temu i przed chwilą. Potwierdziłam tym samym trafność przewidywania. Przez ponad dobę profil tej ... polubiło ponad 1300 osób. O co chodzi? Nadal potrzebujemy stać pod pręgierzem i gilotyną patrząc na makabryczny spektakl? O może tym tysiącom ludzi (bo zakładam, że będą następni) powinna przyjrzeć się uważnie policja? Na razie tylko podziwiają swoją idolkę, ale może zaczną też naśladować? Pouczające też są komentarze, że należy oddzielić dobrą (?) poezję do czynów autora.. Hmm... ja nie potrafię. Widzę raczej przed oczami przerażoną twarz taty i mamy (choć nie wiem jak wyglądali). Jestem mieszczańska do szpiku kości. Nawet jeśli literatura tej ... jest najwyższego lotu to i tak bym nie umiała tego docenić. Tak jak nie umiem patrzeć spokojnie na obrazy Hitlera... Choć niektóre podobałyby mi się gdyby nie obraz likwidacji Getta Warszawskiego czy dzieci w obozach koncentracyjnych jakie mam pod powiekami patrząc na te akwarele. Jestem ograniczonym człowiekiem.

Okazuje się też, że jednak jestem mściwa. Nie chciałabym aby okrutny morderca został celebrytą i zarabiał miliony na publikacjach swojej poezji oraz wywiadów i wspomnień. Uważam, że dobrą karą byłby niebyt, brak dalszej ekscytacji tą parą, pełne zapomnienie. Nie wolno dać im szansy aby plan na zdobycie sławy i bogactwa się zrealizował. Nie wolno dać w sobie rozpalić płomienia nienawiści i okrucieństwa, co niestety się dzieje patrząc na inne komentarze życzące im obojgu tortur, gwałtów itp. Nie o to chodzi. Zobaczyliśmy coś bardzo mrocznego, brudnego, złego rodem z horrorów. Jeśli to coś rozlezie między nas to ona (i zło) zatriumfują.

Podczas pisania tej notki 22 następne osoby polubiły profil tej... Dla mnie najzupełniej niepojęta sprawa...

Tagi: zło
11:57, missjonash , Społeczeństwo
Link Komentarze (6) »
wtorek, 16 grudnia 2014

Od wczoraj bardzo mocno przeżywam atak na Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Makowie i śmierć w straszliwych męczarniach pracownika socjalnego oraz cierpienie i ból pozostałych pań pracujących w GOPSie. I rozpacz rodzin. Od wczoraj przypominam sobie wszystkie groźne sytuacje jakich doświadczyłam w OPS gdy sama byłam pracownikiem socjalnym: duszenie mojej dyrektorki przez klienta, zagrożenie pobiciem koleżanki. Czy bałam się w pracy? Tak, czasem się bałam, choć zawsze dawałam sobie radę z osobami zaburzonymi psychicznie bądź pijanymi. Zawsze jednak miałam przekonanie, że pracownik socjalny kojarzy się z dawaniem i nie zostanie zaatakowany. Choć prawda jest taka, że sama doświadczyłam ataku. Nie chodziło o agresję, to była próba molestowania seksualnego. Gdy uciekłam z mieszkania wyparłam zdarzenie z pamięci tak dokładnie, że przypomniałam sobie o nim 8 lat później. Tak, pracownik socjalny bywa zagrożony - najczęściej lżeniem i groźbą pobicia. Jak widać może także zginąć na służbie. [*]

Od wczoraj czytam komentarze pod artykułami o ataku na GOPS w Makowie. Haniebne komentarze. "Rozumiem napastnika - był sfrustrowany", "Pewnie kazała mu sprzedać telewizor" i inne nie nadające się do cytowania. Byłam pracownikiem socjalnym prawie 6 długich lat i wiem jak sprawa wygląda. Za mało środków, za dużo papierów, zadań i klientów, specyficzne problemy ludzi: uzależnienia, zaburzenia emocji i zachowania, choroby psychiczne, konieczność trzymania się ustawy o pomocy społecznej i od wielu lat nie podwyższanych kryteriów dochodowych. Ciężką praca w stresie, połowę czasu w terenie - w domach klientów. A tu komentarze "pora się brać z te bździągwy, które z polecenia władz dostają się do pracy i cały dzień racza się kawką". Nikt kto nie pracował w tym zawodzie nie zrozumie jak bardzo krzywdzące to są opinie. Jeśli ktoś ma ochotę poczytać więcej o pracy i kwalifikacjach pracowników socjalnych zapraszam do bocznej szpalty - można wybrać tagi: "pomoc społeczna" i "pracownik socjalny".

Zakładam, że sprawca jest osobą zaburzoną psychicznie. Mam nadzieję, że nikogo już nie skrzywdzi - zostanie odizolowany i właściwie leczony, a jeśli był poczytalny - surowo ukarany. Żalu słowa nie opiszą. Życzę najszybszego powrotu do zdrowia poszkodowanym (zdrowia fizycznego i psychicznego). Niech rodzina pani, która została zamordowana otrzyma właściwą pomoc. Po przeczytaniu pierwszej informacji o tym zdarzeniu poczułam, że jestem pracownikiem socjalnym do szpiku kości i zostanę nim zawsze nawet jeśli już tego zawodu wykonywać nie będę. 

Wszystkim pracownikom socjalnym życzę sił, odwagi, mądrości i mądrych, wspierających przełożonych.

sobota, 13 grudnia 2014

To będzie tekst prozaiczny o studzience kanalizacyjnej choć mam silne przeczucie, że powinien być o zbrodni, karze, dylematach moralno-politycznych a może nawet o protestach. Miałam nawet pewne przemyślenia i wspomnienia sprzed 33 lat o jadących kolumnach wozów opancerzonych. Miałam także szerszą refleksję czy rzeczywiście wszystkim żyło się lepiej, bezpieczniej i radośniej niż dziś. Ale dam sobie spokój. Przyjdzie na to czas w innym dniu, gdy jeszcze bardziej przemyślę problem. Bez poczucia konieczności.

Za to dziś będzie temat współczesny, na dodatek zahaczający o problem istnienia Straży Miejskiej. Piszę to z premedytacją jako prowokację do przemyśleń i motywację do działania.

Kilka dni temu szłam sobie ulicą (dużą i znaczącą). W pewnym momencie minęłam studzienkę kanalizacyjną (a może właz do kanału - bo spore) odsłoniętą, z pokrywą odsuniętą na bok. Innymi słowy minęłam okrągłą, ziejąca czernią dziurę tkwiącą w chodniku. Pomału zapadał zmrok. Minęłam myśląc: "O nie - znowu! Nie chce mi się reagować! Chodzi tu sporo ludzi, niech oni coś zrobią. Nie tym razem". Poszłam dalej, ale dziura nie dawała mi spokoju. A jak ktoś tu złamie nogę, wpadnie dziecko, albo pies? A jak każdy zlekceważy tak jak ja? No i w końcu zadzwoniłam do Straży Miejskiej, no bo nie wiedziałabym gdzie. Dyżurny zgłoszenie przyjął. O żadnym wypadku później nie słyszałam. Zatem dziura została przykryta. Rozumiem zatem, że to nie łatwo reagować, że czasem czasu szkoda, innym razem nastrój pod psem, wstyd człowieka zżera albo inne sensacje odwodzą od reakcji. Ale z drugiej strony natychmiastowa reakcja może zapobiec tragedii lub uratować komuś życie. Kilka dni temu pisałam o pierwszej pomocy. Nawet nie wiedziałam wtedy, że kilka dni wcześniej spektakularnie pokazała o co mi chodzi młoda i dzielna kierowca autobusów MPK w Rzeszowie. Pani Joanna Mendrala reanimowała pasażera ponad 15 minut do przyjazdu karetki. I uratowała temu człowiekowi życie. Zareagowała bezbłędnie i błyskawicznie. Więcej można przeczytać o tym zdarzeniu TU. Reagujmy w takich przypadkach, bo warto! (I trzeba!). 

Wrócę jeszcze do problemu Straży Miejskiej. Nie policzę już ile razy słyszałam, że zlikwidować darmozjadów. I nie koniecznie było to powiedziane w tak eleganckiej formie. Osobiście jeszcze nie spotkałam się ze złym potraktowaniem przez tę służbę. Każde moje wezwanie było traktowane poważnie, patrol przyjeżdżał błyskawicznie i załatwiał sprawę w sposób właściwy. A wzywałam zarówno do zagrożonych zwierząt np. do jeża (można poczytać TU) jak i do zagrożonych ludzi (nawet za granicą - notka TU), do pijanych zagrożonych przejechaniem lub zamarznięciem a także do dziur w chodniku. I nigdy się nie zawiodłam. Widać mam szczęście :)

czwartek, 11 grudnia 2014

Kwestia zaufania wypływa w każdej rozmowie z członkami rodzin osób uzależnionych a także w rozmowach z samymi uzależnionymi. Nie muszę szukać daleko. Wczoraj rozmawiałam z tatą pewnego nastolatka, który stwierdził, że każde wyjście syna na pole, on i jego żona okupują niesamowitym lekiem, że tym razem jednak się złamie i wróci naćpany.

Problem zaufania w rodzinach gdzie występuje uzależnienie jest często jednym z zarzewi konfliktu. Rodzina uzależnionego zawiedziona w swoim zaufaniu i nadziejach tysiąc razy, bardzo często nie jest w stanie zaufać tysiąc pierwszy raz, nawet gdy alkoholik (lub uzależniony od czegoś innego) przestaje właśnie używać i jest z tego bardzo dumny. Osoba uzależniona oczekuje (w sposób nieuświadomiony) dość często oklasków, głasków i innych dowodów uznania. A tu okazuje się, że wszyscy patrzą podejrzliwie kiedy dobre się skończy, obwąchują jawnie, lub dają całuski węsząc jednocześnie w powietrzu, albo wpatrują się natrętnie w oczy itp. Każde spóźnienie jest w stanie wywołać karczemną awanturę, gdyż rodzina oczekiwała na spóźniającego się w stanie coraz większego napięcia wyobrażając sobie coraz plastyczniej kolejne ekscesy i oczekując telefonu lub wizyty policji itp. Gdy delikwent staje w drzwiach spóźniony ale trzeźwy najczęściej napięcie znajduje ujście w awanturze i wypominaniu przeszłości. To nie jest prosta sytuacja.

Według moich wieloletnich obserwacji zawodowych zaufanie wraca samo po stosownym czasie. Ale nie dzieje się to szybko. Traciło się je bardzo długo i zbyt wiele razy zostało podeptane kolejnym zapiciem (ćpaniem/graniem itp.). Teraz zaś trzeba czasu aby rodzina przyzwyczaiła się do trzeźwości. Jeśli zaś ktoś z członków rodziny nie radzi sobie z napięciem czasem wskazane jest aby sięgnął po pomoc terapeutyczną. To bardzo ważne aby poradzić sobie z własnymi lękami, stresem i poczuciem krzywdy oraz zdobyć wiedzę jak postępować z osobą uzależnioną aby czuć się najbardziej komfortowo i postępować optymalnie dla całej rodziny.

Kwestia zaufania w terapii prowadzi do kolejnych zagadnień. Osoba uzależniona musi uzbroić się w cierpliwość i wziąć na siebie odpowiedzialność z utracone zaufanie. To prowadzi do pokory i szczerości wobec siebie, do usuwania mechanizmów obronnych i brania choroby (i swojego postępowania) taką jaka jest. Taka postawa przyśpiesza powrót zaufania, zwłaszcza gdy osoba uzależniona umie coraz szczerzej i otwarcie rozmawiać z członkami rodziny.

wtorek, 09 grudnia 2014

Wczoraj na jednym z portali społecznościowych zobaczyłam znowu plakat pod tytułem: "Kochasz dzieci? Nie pal śmieci!" Temat zanieczyszczenia powietrza w mojej okolicy jest jak najbardziej na czasie. Na Śląsku (a przynajmniej w okolicach miejsc pomiarowych, które sprawdzałam na stronie  prezentującej informacje o jakości powietrza w województwie śląskim odkryłam, że w wielu okolicach od początku miesiąca występuje przekroczenie stężenia pyłów zawieszonych. W Cieszynie wczoraj stężenie to było przekroczone o 40%, ale już w Mikołajki o ponad 300%.

Zaczęłam się problemem interesować po przeczytaniu artykułu poleconego przez znajomego, ale stwierdziłam wkrótce, że dotyczy mnie to osobiście. Mianowicie starszy Zajączek kaszle tak straszliwie, że mam wrażenie, że go rozerwie na strzępy. Pani doktor nie stwierdziła zakażenia, nic w osłuchu, żadnych zmian w gardle (innych niż zwykłe). Zostają: alergia i te pyły. Doszło do mnie także, że i ja kaszlę jak wściekła prawie cały czas od dwóch tygodni (nie ma ku temu powodów chorobowych). Jak się tak przyjrzeć raportom miesięcznym (jak zamieszczony powyżej) to od tego czasu wzrosło stężenie pyłów w powietrzu.

Niestety od lat wraca problem palenia śmieci w piecach centralnego ogrzewania. Ludzi palą wszystkie odpady mając nadzieję na uzyskanie taniego opału. Do pieców trafiają szmaty, resztki różnego rodzaju w tym plastikowe opakowania. Przy takiej pogodzie jaka panuje u nas od dłuższego czasu: utrzymujące się mgły i brak wiatru wszystkie te pyły trzymają się jak przymurowane. Jak tylko temperatura spada poniżej zera normy stężenia są od razu przekroczone (nieraz bardzo wysoko) co widać na wykresach miesięcznych.

Zastanawiam się czy jest jakieś skuteczne rozwiązanie tego problemu? Ludzie bronią się, że są biedni i nie stać ich na dobrej jakości opał. Niektórzy mają to po prostu gdzieś. Pytanie czy stać nas wszystkich na schorzenia dróg oddechowych i nowotwory. Co o tym sądzicie? Co może skutecznie zachęcić ludzi do zachowań ekologicznych w tym zakresie? To temat zahaczający o ekologię, etykę, odpowiedzialność za środowisko lokalne, problemy socjalne itp. 

poniedziałek, 08 grudnia 2014

Kiedyś już pisałam taką notkę ale zniknęła w mrokach skasowanej części bloga. Ponieważ zaś ostatnio przekonuję się, że warto pamiętać o zasadach pierwszej pomocy (bo nie znamy dnia ani godziny) postanowiłam ją napisać jeszcze raz. Nic tu nie będzie szczególnie nowego bo większość z nas od czasu do czasu przechodzi szkolenie BHP, w szkołach też są zajęcia z pierwszej pomocy. Jestem jednak pewna, że należy to sobie przypominać tak często jak się da, aby w chwili próby wszystkie czynności było jasne, zrozumiałe i aby podejść do nich bez lęku.

Po pierwsze prawo nakłada na nas obowiązek udzielenia pierwszej pomocy:

Kodeks Karny - Art. 162. § 1. Kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Kierowcy dodatkowo podlegają Kodeksowi Wykroczeń, który mówi:

Art. 93 § 1. Prowadzący pojazd, który, uczestnicząc w wypadku drogowym, nie udziela niezwłocznej pomocy ofierze wypadku, podlega karze aresztu albo grzywny.

§ 2. W razie popełnienia wykroczenia, o którym mowa w § 1 orzeka się zakaz prowadzenia pojazdów.

Natomiast, pomijając prawo, odpowiednie działania ratujące życie przed przybyciem ratowników powinny być oczywistą oczywistością dla każdego.

Gdy zetkniemy się z osobą nie dającą znaku życia np. na ulicy warto podejść od strony głowy starając się nawiązać kontakt pytając np. "Słyszy mnie pan?" albo "Czy wszystko w porządku?". Cokolwiek to będzie kreatywności i elokwencji nikt nie będzie nam oceniał. Dlaczego od strony głowy? Ano aby uniknąć ewentualnego ataku, jeśli leżący ma jakieś złe zamiary. Jeśli człowiek taki okazuje się nieprzytomny, należy sprawdzić czy oddycha. Można to zrobić nachylając się i ustawiając głowę tak aby mieć policzek przy nosie / ustach i jednocześnie patrzeć na klatkę piersiową. Jeśli nie czujemy oddechu, nie słyszymy ruchu powietrza i nie widzimy ruchu klatki piersiowej trzeba niezwłocznie przystąpić do reanimacji. Mamy mało czasu, bo już po 3, 4 minutach niedotlenienie zaczyna dokonywać zniszczeń. Po 10 minutach tylko cud może uratować niedotlenioną tak długo osobę. Zanim jednak przystąpimy do reanimacji (w przypadku osoby dorosłej) wzywamy pogotowie (112 lub 999). W przypadku dziecka zaczynamy od reanimacji, aby dotlenić choć trochę i dopiero wtedy wzywamy pomoc ratowników.

Uklęknij obok poszkodowanego połóż nadgarstek na 1/3 dolnej części mostka, na ręce połóż drugi nadgarstek, spleć ręce, tak aby jedynym miejscem kontaktu była nasada nadgarstka i na wyprostowanych rękach wykonaj uciśnięcie na 4, 5 cm w głąb. Po każdym uciśnięciu pozwól wrócić klatce piersiowej do pierwotnego stanu, nie zabierając rąk. Wykonaj 30 uciśnięć (jeśli jesteś sam) lub 15 jeśli ktoś ci pomaga. Rozpocznij sztuczne oddychanie: odchyl głowę do tyłu tak aby drogi oddechowe były ustawione w linii prostej, połóż dłoń na czole, drugą dłonią unieś żuchwę do góry. Wdech robimy do ust zatykając jednocześnie nos reanimowanego w przypadku osoby dorosłej a w przypadku dziecka obejmujemy szczelnie usta i nos swoimi ustami. Sprawdzamy czy klatka piersiowa się uniosła. Jeśli wszystko działa kontynuujemy aż do powrotu normalnego oddechu lub przyjazdu ratowników. Jeśli po wdmuchnięciu powietrza klatka piersiowa się nie uniosła należy sprawdzić drożność jamy ustnej. U malutkich dzieci uciska się 1/3 mostka dwoma palcami (3 i 4) tak aby klatka piersiowa uginała się na 1, 2 cm). Uciski także w rytmie 100 ucisków na minutę, ale po pięciu uciskach wykonujemy jeden sztuczny wdech. Dokładne zasady pierwszej pomocy u małych dzieci np. TU.

Nie bój się, że coś źle zrobisz, nie mów, że nie umiesz. Zaniechanie będzie o wiele gorsze. Skutecznie reanimować potrafią nawet dzieci czy nastolatki. Jeśli jama ustna jest zanieczyszczona krwią, albo z innych przyczyn nie jesteś w stanie wykonywać sztucznego oddychania (a nie masz maseczki przy sobie) wykonuj chociaż masaż serca. Rób to bez przerwy z częstotliwością 100 uciśnięć na minutę do momentu odzyskania prawidłowego oddechu lub przyjazdu ratowników. 

Jeśli prawidłowy oddech został przywrócony ułóż poszkodowanego w pozycji bezpiecznej (pozycji bocznej ustalonej) i czekaj na przyjazd karetki. 

Cała strona poświęcona pierwszej pomocy w różnym sytuacjom: www.pierwszapomoc.net.pl. Zachęcam do regularnego czytania tej strony i innych oraz do uczestnictwa w zajęciach gdzie można przećwiczyć reanimację na fantomie. Dzięki temu oswoimy się z ratowaniem życia i wyeliminujemy błędy.

 

środa, 03 grudnia 2014

Wiele osób zadaje mi pytanie dlaczego tak mi zależy na promowaniu Cieszyna. Odpowiedź jest prosta - jak w tytule: bo kocham to miasto. Nie ważne, że drogowcy nadal ryją w jezdniach, że trudno czasem przejechać i przejść, że czasem ktoś mi powie, że nie jestem stela. Jak każda zakochana kobieta widzę przez różowe okulary, Postanowiłam dziś przypomnieć najładniejsze ujęcia Cieszyna z tego bloga. Może zrozumiecie moje zauroczenie :))

Cafe Muzeum: była cała notka o tym miejscu. Link TU

 Rotunda Św. Mikołaja: były 3 notki - link TU, TU i TU

 

 Najpiękniejsze magnolie w Cieszynie. Notka TU

 Teatr im. Adama Mickiewicza:

 Cmentarz Żydowski. Na ten temat było kilka notek: linki TU, TU, TU i TU.

 Ulica Kluckiego w Cieszynie.

 

 Kościół Jezusowy. Notka TU

  

Zapraszam także do bocznej szpalty. Pod tagami: Cieszyn i zdjęcia kryją się notki z innymi pięknymi miejscami. A już najbardziej zapraszam na osobiste zwiedzanie Cieszyna :) Warto!

poniedziałek, 01 grudnia 2014

Taka gołoledź zdarza się raz na kilka (kilkanaście) lat. Radośnie padający deszcz (najpierw koło 15.00 zaczął kropić, potem padać coraz intensywniej) przy zdecydowanie ujemnej temperaturze i nieźle zmrożonych nawierzchniach stworzył szklankę prawie idealną. (Bardziej ślisko było tylko raz w moim życiu 21 lat temu. Wtedy nie było możliwości utrzymać się na nogach). Około 15.30 samochody jeździły już około 10 km/h, A z góry na doły i z dołu do góry (Cieszyn jest położony na miejscami stromych wzgórzach) nie było to możliwe wcale zwłaszcza dla autobusów. Utknęłam więc na przystanku autobusowym, gdzie zaczęło się bratanie międzyludzkie. Do rozmowy włączały się i osoby starsze i nastolatki. Zadzwoniłam do dyżurnego ruchu aby się dowiedzieć co dalej. Pan poinformował mnie, że żaden autobus nie jedzie i nie pojedzie dopóki nie przejadą pługosolarki. Postanowiłam iść pieszo, tym bardziej, że mój autobus był niemal widoczny na horyzoncie - stał na stromym zjeździe z włączonymi światłami awaryjnymi a kierowca nie odważył się zjechać przez skrzyżowanie położone na tej stromiźnie. Jakaś starsza pani biorąca wcześniej udział w ożywionej dyskusji ruszyła przede mną. Gdy się zrównałyśmy poprosiła mnie o ramię i tak się razem ślizgałyśmy cały jeden przystanek. Gdy dotarłyśmy pod kolejną wiatę pani uznała, że dalej się boi iść i zaczeka na autobus. Ja postanowiłam natomiast zaryzykować, tym bardziej, że byłam już spóźniona do pracy. Pożegnałyśmy się w przyjaznej atmosferze i ruszyłam dalej. Ach co to była za podróż...

Autobusy ruszyły ponad godzinę później, ale ja już byłam w pracy. Niektóre chodniki posypano solą lub piaskiem, ale powrót pod górę też mi dostarczył niezapomnianych wrażeń. Pomagałam lekko zawianemu panu znaleźć bezpieczny ciąg komunikacyjny, a zaraz potem byłam świadkiem wypadku. Auto jadące szaleńczą prędkością - jakieś 20 km/h wpadło w poślizg, skręciło o 90 stopni w lewo i z wizgiem przejechawszy przez chodnik malowniczo spadło ze zbocza tzw. Cieślarówki. Mogę teraz lekko ironizować, ale patrząc na sypiące się iskry i upadek samochodu serce mi stanęło. Idący niedaleko mnie mężczyzna złapał za telefon i już dzwonił po pomoc, a ja zaczęłam galopować do miejsca zdarzenia. Pan z telefonem też dopadł tegoż miejsca. Okazało się, że panom w aucie nic się nie stało, nie dachowało tylko zjechało stromo w dół i na szczęście w nic groźnie nie uderzyło. Kilka sekund później nadjechała policja.

Efekt tego deszczu jest taki, że na S1 był karambol z kilkunastoma samochodami. Z pewnością było bardzo dużo urazów w mieście, bo słychać było non stop sygnały karetek. Z tego co ja osobiście obserwowałam wysnułam optymistyczne wnioski. Gdy przychodzi takie nieoczekiwane zagrożenie ludzie potrafią sobie pomagać, szybko reagować i są dla siebie życzliwi. Poza tym podniosło mnie na duchu zachowanie kilku młodych kierowców, którzy zostawili auta na parkingach i przyszli na przystanek mówiąc, że mają za mało doświadczenia i nie zaryzykują jazdy dalej. No i wybiłam sobie lekko lewą rękę i bark. Ale jak jest gołoledź to musi być ślisko :)) Aha i nikt nie chwycił za telefon aby robić zdjęcia rozbitemu samochodowi. To też się chwali!

Tak więc dzień triumfu nowego burmistrza zapamiętamy na długo dzięki jak corocznemu zaskoczeniu drogowców. Poza tym dzień był bogaty w wydarzenia i wrażenia. Jeszcze przed deszczem udało mi się zrobić nad Olzą kilka ciekawych zdjęć (np. takie):

Tyle sprawozdania z hekatomby w Cieszynie i okolicach. A jak Wam minął dzień?

niedziela, 30 listopada 2014

Kilka dni temu napisałam notkę pod tytułem "Cud". Byłam niesamowicie podniesiona na duchu opisanym tam dobrym zakończeniem tragicznego wydarzenia. Jednak kilkadziesiąt godzin później bohater tamtej notki zmarł nagle. Dotknęło mnie to bardziej niż sobie wyobrażałam. Przecież wszystko szło dobrze, miał być happy end... Ciężko pogodzić się z dramatycznymi prognozami, potem cudownym uzdrowieniem i kilka tygodni później nagłą śmiercią. Cudów nie ma, a przeznaczenia nie da się oszukać? Może po prostu nie należy się doszukiwać sensu w ciągu wydarzeń? 

To nie pierwsza sytuacja, którą odebrałam jako znak, jakiś sygnał... Wyobrażałam sobie istnienie głębszego sensu w wydarzeniach, które tego sensu nie miały i nie mają. A szkoda. Niektóre spotkania, rozmowy, wydarzenia aż proszę się o drugie dno. Jest zwłaszcza jedna taka historia, gdzie święcie wierzyłam w przeznaczenie, cel i sens... Moja wiara podupadła.

Natura ludzka potrzebuje nadać sens różnym sytuacjom, które nie mieszczą się w głowie. Osoby religijne odnajdują ten sens w swojej wierze. Natomiast wszyscy i wierzący i niewierzący radzą sobie z wydarzeniami dramatycznymi i trudnymi do wytłumaczenia zakładając, że istnieje sprawiedliwość. Wydaje się nam, że złe rzeczy spotykają tylko ludzi, którzy na nie zasłużyli (w dużym uproszczeniu), a niewinny zawsze jest chroniony. Gdy jednak nasze założenie zostaje rażąco naruszone: np. wielka krzywda dzieje się komuś niezaprzeczalnie niewinnemu (małemu dziecku, osobie niepełnosprawnej intelektualnie itp.) to albo powiemy sobie: tak musiało być - to przeznaczenie, albo - Bóg tak chciał, albo wzbierze w nas wiele silnych emocji - gniew, nienawiść, bezsilność. Są jeszcze i tacy, którzy powiedzą, że nie należy doszukiwać się sensu w przypadkowym ciągu wydarzeń. Czyli wracamy do początku.

czwartek, 27 listopada 2014

Dawno nie było żadnego branżowego wpisu. Podczas słuchania muzyki natknęłam się ostatnio na zapomniany kawałek Evanescence "Call me when you're sober" (Dzwoń do mnie gdy jesteś trzeźwy).

Tekst, który nasunął mi potrzebę napisania tej notki w tłumaczeniu na polski brzmi tak (tłumaczenie ze tekstowo.pl):

Nie płacz za mną,
Gdybyś mnie kochał,
Byłbyś tu ze mną.
Chcesz mnie?
Chodź, znajdź mnie.
Zdecyduj się...

Czy powinnam pozwolić Ci upaść?
Stracić wszystko?
Może wtedy byś się opamiętał... 
Nie potrafię przestać wierzyć,
Ale tylko się oszukujemy ,
Mam już dość tego kłamstwa, spóźniłeś się.

Nie płacz za mną,
(...)

Nie mogę wziąć winy na siebie, 
Byłabym chora ze wstydu. 
Przegranie swojej własnej gry musi być wyczerpujące. 
Samolubnie znienawidzony, niewątpliwie znudzony, 
Tym razem nie będziesz grał ofiary, 
Spóźniłeś się.

Nie płacz za mną,
(...)

Nigdy nie dzwonisz do mnie, kiedy jesteś trzeźwy,
Teraz chcesz tego tylko dlatego, że to już koniec... 
To koniec... 

Jak mogłam spalić raj?
Jak mogłam? Nigdy nie byłeś mój!

Więc nie płacz za mną!
Gdybyś mnie kochał,
Byłbyś tu ze mną.
nie kłam mi.
Po prostu weź swoje rzeczy,
Zdecydowałam za Ciebie.

Osoby, które są w związku z osobą uzależnioną od substancji psychoaktywnej bardzo długo nie rozumieją co się dzieje. Próbują próśb, gróź, szantażu, odwracania uwagi. Nic nie skutkuje. Pojawia się myśl o własnej nieudolności, kryzys wiary we własne możliwości i atuty oraz myśl "nie kocha mnie". Bo gdyby kochał (kochała) to przecież bez żadnego trudu zostawiłby (zostawiłaby) narkotyki czy alkohol. To nie takie proste. Po pierwsze osoba uzależniona ma poważne problemy z prawidłowym odczuwaniem emocji. Emocje są rozchwiane, pełne sprzeczności i mocno wiążą się z tym czy akurat substancja psychoaktywna działa czy właśnie przestała działać. Skoki nastroju są niewiarygodne: od nienawidzę cię, odejdź, nic nas już nie łączy do kocham cię, przepraszam, zostań. I to wszystko w ciągu kilku minut. Egoizm i egocentryzm także utrudnia prawidłowe nazywanie i przeżywanie uczuć. Po drugie jednak miłość i przywiązanie faktycznie w większości przypadków istnieją, ale nie jest ani trochę wystarczającym motywem do zaprzestania zażywania. Zresztą utrata kontroli nad używaniem jest jednym z głównych objawów chorobowych. Powiedzenie: "jeśli mnie kochasz przestaniesz kaszleć" jest tak samo skuteczne jak "jeśli mnie kochasz przestaniesz pić". Kaszleć przestajemy gdy znikną bakterie albo wirusy albo czynniki alergizujące, a nie z miłości. Pić czy ćpać przestaje się gdy nieznośne cierpienie i straty z powodu uzależnienia przewyższą nadzieje na relaks, przyjemność oraz lęk przed zespołem abstynencyjnym. 

Druga strona medalu osoba kochająca osobę uzależnioną musi się często zdecydować jak tę miłość okazać. Jeśli motorem jej (jego) działania jest miłość to aby odniosła skutek musi być "twardą miłością". (Inna rzecz, że napędem do działania często są inne emocje niż miłość: chęć odegrania, się, wygrania, potrzeba dominacji. Takie intencje zostaną wychwycone i wojna gotowa). Jeśli ktoś kocha osobę uzależnioną (tak naprawdę) to z miłości pozwoli jej upaść i ponieść konsekwencje jej zachowań. Najtrudniej to przekazać mamom osób uzależnionych. Większość matek jest tak skonstruowana, że będę chronić swoje dzieci, podnosić, ratować. A tu akurat przynosi to odwrotny skutek, bo przedłuża agonię

A więc w bliskiej relacji z osobą uzależnioną najlepsza droga działania to "kocham Cię i dlatego pozwolę Ci upaść tak nisko jak potrzebujesz aby zacząć zdrowieć". I postawienie sobie i tej drugiej osobie rozsądnej granicy, poza którą już nie ma na co czekać. Tekst powyższej piosenki pięknie mi się w te dywagacje wpisuje.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43
| < Grudzień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Napisz do Missjonash

Page Rank Check