wtorek, 07 października 2014

Przeczytałam już bardzo dużo opracowań i artykułów na ten temat. Ostatnio mam okazję sprawdzić tę tezę na żywo. Przypominam sobie, że jestem z wykształcenia socjologiem gdy rozmawiam z dziesiątkami mieszkańców naszego osiedla. Poczyniłam następujące obserwacje (które przede mną poczynili także inni):

1. Rozluźniły się więzi sąsiedzkie. W niektórych miejscach całkowicie - ludzie nie rozmawiają ze sobą w ogóle, idą do mieszkań i zamykają się w nich odcinając od sąsiadów (bliższych i dalszych);

2. Jeśli więzi sąsiedzkie istnieją to raczej w grupach osób powyżej pięćdziesiątego roku życia.

3. Ludzie są zniechęceni i zniesmaczeni bardzo częstymi wizytami domokrążców (którzy namawiają do wpłat na organizacje broniące praw zwierząt lub ludzi, sprzedają jajka lub odkurzacze itp.). Każdy dzwonek do domofonu w większości traktują nieufnie...

4. Ludzie wracający po pracy do domu są zmęczeni, chcą zamknąć za sobą drzwi i mieć święty spokój. Odpoczynek w dużej mierze jest pasywny, w domu przed telewizorem lub komputerem. Mało jest ludzi spędzających aktywnie czas.

5. Duża grupa ludzi zniechęciła się do polityków i polityki. Ludzie ci twierdzą, że nie pójdą już na żadne głosowania, bo zostali oszukani przez kolejne ekipy (ogólnopolskie lub lokalne) i nie zaufają po raz kolejny.

6. Kolejna duża grupa ludzi chce w ogóle nie chce mieć nic wspólnego z polityką - nie na skutek zawiedzionych nadziei tylko na skutek programowego negowania polityki. Ponieważ są to młodzi ludzie wnioskuję, że przejęli takie myślenie z domów rodzinnych (patrz punkt wyżej).

7. Osoby, które chcą porozmawiać o polityce mają najczęściej dokładnie wyrobiony pogląd kogo i dlaczego chcą poprzeć.

Doświadczenie spotkania tak wielu różnych ludzi jest bardzo interesujące. Mimo iż przed wyruszeniem w drogę odczuwam zawsze pewien delikatny niepokój to zdecydowanie przeważa zaciekawienie co spotka mnie tym razem. Niektóre rozmowy są niesamowicie budujące, dowiaduje się wielu nowych rzeczy, poznaję Cieszyn i moje osiedle z innej strony. Dla moich rozmówców ta sytuacja też jest najczęściej zupełnie nowa. Ludzie mówią mi, że pierwszy raz w życiu zetknęli się z kandydatem, który rozmawia bezpośrednio z mieszkańcami.

niedziela, 05 października 2014

Miałam napisać mądry tekst socjologiczny, ale mi się odechciało. Może jutro?

Jest mi przykro z powodu śmierci Anny Przybylskiej. Nie znałam jej osobiście, nie była moją znajomą... Ale to przepiękne i bardzo młoda kobieta. Osierociła troje dzieci.

Nie da się nie myśleć o tym, że człowiek nie zna dnia ani godziny. Coraz więcej osób słyszy informację, że choruje na nowotwór. Nigdy nie wiadomo kto będzie następny...

Przykro mi gdy pomyślę  o tym co przeżywają najbliżsi Pani Anny, co dopiero ich czeka przed pogrzebem i później. Mam tylko nadzieję, że paparazzi dadzą spokój i zrozumieją co znaczy "prywatny charakter pogrzebu".

Nie da się także uniknąć tego zdania "Spieszmy się kochać ludzi - tak szybko odchodzą"...

wtorek, 23 września 2014

 

Kochani Czytelnicy!

W niedzielę 21 wrześnie o godzinie 12.00 w Cieszynie rozpoczęła się próba pobicia dotychczasowego rekordu w głośnym czytaniu bajek. Dotychczasowy rekord wyniósł 113 godzin i ustanowił go go sześć lat temu pan Deepak Sharma Bajagain. Ale to nie jest jedynie próba ustanowienia rekordu i jedyne takie wydarzenie w Polsce. Cel tej akcji jest inny. Chodzi o to aby zebrać pieniądze na wybudowanie bezpiecznego i przyjaznego placu zabaw dla dzieci, które przebywają ze swoimi mami w Domu Matki i Dziecka "Słonecznik" w Cieszynie, aby mimo wyrwania ich ze środowiska, mimo trudnych przeżyć jakie mają już za sobą, mogły bawić się beztrosko jak to dzieci powinny.

Każdy kto przystępuje do czytania wpłaca 10 złotych za czytanie przez 10 minut. Jest nadzieja, że w akcji do końca weźmie udział 1008 osób co da 10800 złotych. Można wspomóc akcję czytając osobiście po wpłaceniu pieniędzy albo na stronie Stowarzyszenia Pomocy Wzajemnej "Być Razem" (które jest organizatorem akcji) w dziele o biciu rekordu - link TUTAJ albo wpłacając osobiście pieniądze na miejscu. Można też pomóc wpłacając pieniądze i sponsorując czytanie komuś innemu (mamy wspaniałych wolontariuszy, którzy czytają dzień i noc - nieprzerwanie od niedzieli). W tej drugiej sytuacji wpłaca się pieniądze DOTPAY-em ze strony Stowarzyszenia http://www.bycrazem.com robiąc przelew z dopiskiem "Rekord jak z bajki"(można użyć przycisku na górze strony "szybka pomoc: 10 zł". 

Cały czas potrzebujemy chętnych zarówno do wpłacania jak i czytania. Są jeszcze wolne miejsca. Dokładnie wszystko sprawdzić można w linku "Kto czyta"

Na wszystkich którzy przyjadą czytać czy towarzyszyć wydarzeniu czekają niesamowite atrakcje, trochę utrudnione przez lejący deszcz. Będą i konsultacje kosmetyczne i dogoterapia i konie i pies policyjny i warsztaty dla najmłodszych i różne inne cudności. A wszystko pod okiem komitetu honorowego: Julii Kamińskiej, Łowców.B i Pawła Szymali. 


Ja czytam już dziś, zaś w czwartek w nocy będę towarzyszyć wolontariuszom i czytać, czytać, czytać bajki aż po świt...

 

piątek, 19 września 2014

Takie pytanie zadałam sobie już dwa razy w ciągu niedługiego czasu. Dostrzegłam bowiem, że wielu z nas uważa, że generalnie prawa przestrzega, ale są takie idiotyczne przepisy, których nie przestrzega i przestrzegać nie będzie.

Pierwszy raz zadałam sobie to pytanie gdy poczytałam o zatrzymaniu aktorki Joanny L. za prowadzenie pod wpływem 1,2 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Zastanówmy się na marginesie jaki sens ma pisanie Joanna L. i zamieszczanie zdjęć z czarnym prostokątem na oczach, skoro nie utrudnia to w żaden sposób jej identyfikacji. Co więcej uważam, że informacja o prowadzeniu pod wpływem alkoholu powinna być ogólnie dostępna. Ale przepisy prawa stanowią inaczej. Wracając do meritum notki - choć uważam, że pisanie aktorka L. jest idiotyczne przestrzegam prawa, bo uważam, że nie jestem od decydowania, który przepis jest właściwy i godny przestrzegania, a który nie. Okazuje się, że niektórzy uważają niektóre przepisy za niepotrzebne lub usprawiedliwiają ich naruszanie faktem, że "tak robią wszyscy". Ze zgrozą wyczytałam bowiem, że prawie każdemu z nas zdarzyło się prowadzić pod wpływem alkoholu. Tak broniła koleżanki Katarzyna Skrzynecka. Śpieszę zawiadomić, że jestem w mniejszości, bo nie dość, że nie mam prawa jazdy, to jeszcze jak żyję nie prowadziłam niczego pod wpływem alkoholu. Poza tym 1,2 promila o 9 rano nie może być wskazaniem po wypiciu niewielkiej ilości wina wieczorem. Alkoholowe liczydełko ze strony www.parpa.pl podpowiada mi, że Joanna L. wypiła co najmniej litr wina o mocy 16% kończąc rozrywkę około północy z zawartością 2,7 promila we krwi. Linia obrony Katarzyny Skrzyneckiej  jest skazana na porażkę, wykazywała ona bowiem, że koleżanka wypiła mało i nie była świadoma, iż jest pod wpływem.

Ponownie pytanie o sens przestrzegania prawa pojawiło się we mnie gdy poczytałam o zatrzymaniu aktora Marka B. za posiadanie ponad 7g marihuany. Jego kolega Łukasz Płoszajski bronił kolegi, twierdząc, że po trawce nikt nikogo nie zabił, a po alkoholu tak! Tu pojawia się we mnie stare powiedzenie (nielogiczne) "co ma piernik do wiatraka". Łukasz Płoszajski chciał wpisem na Facebooku zasugerować, że ten przepis jest głupi, bo trawka nikomu niczym złym nie grozi...

No właśnie abstrahując już od tego przepisu zastanawiam się jakby wyglądał nasz świat gdyby każdy postępował wedle własnego uznania uważając, że niektóre przepisy prawa go ograniczają i nie będę przestrzegane. Dla Pana Płoszajskiego może to być przepis o zakazie posiadania narkotyków, a dla psychopatycznego sadysty zakaz podnoszenia ręki na drugiego człowieka czy zwierzę.

Jeśli prawo jest dziwne lub głupawe należy lobbować za jego zmianą, ale prawa należy przestrzegać, aby nie zapanował chaos. To moje zdanie :))

czwartek, 11 września 2014

Miałam napisać ten tekst wczoraj. Ale zgodnie z postanowieniem, że nie działam pod wpływem emocji poczekałam kilkanaście godzin. Emocje nie opadły jeszcze do końca, ale nie będę już używać wulgaryzmów, które wczoraj pchały mi się pod palce... Wczoraj ten tytuł miał brzmieć "Szczęście jest, ku..wa, proste"...

Wczoraj spotkałam się z młodym mężczyzną, który kiedyś był moim pacjentem, a którego ponownie przywlekła do mnie rodzina. Niby siłą, ale  przecież mógł się postawić. Jednak chciał przyjść. Posłuchałam, obejrzałam, wściekłam się... Sama nie wiem na co, na kogo. To z bezradności i bezsilności. Tak trudno jest obserwować stopniową destrukcję młodego człowieka, który mógłby tak wiele, a stopniowo traci wszystko. Tak trudno zachować spokój gdy słucha się tych wszystkich rozbudowanych iluzji, wykrętów, usprawiedliwień. A najtrudniej łyknąć tekst "biorę bo lubię", gdy obserwuje się straszną destrukcję. 

Luzie dążą, od urodzenia aż po grób, do pozytywnego bilansu emocjonalnego... To zrozumiałe nie chcemy cierpieć, smucić się, rozpaczać, czuć bezradności, wstydu... Ale są dwie drogi aby ten bilans przeważyć na stronę przyjemności:

1. Zalać się w trupa, najarać trawą, wziąć leki itp. - jednym słowem uciec, zapomnieć, znieczulić się. To działa. Na nieszczęście dość długo działa pozornie bez strat, ale kiedyś wypłaca. Problemy, straty, krzywdy nie dadzą się zalewać w nieskończoność, nie da się stale zapominać o obowiązkach i rzeczywistości. Rzeczywistość kiedyś upomni się o uwagę. Nierozwiązane problemy i konflikty są teraz olbrzymie...

2. Rozwiązać problem, dogadać się z drugą stroną konfliktu, zmierzyć się ze stratą - to działanie długofalowe. Z początku to trudna droga. Trudna bo nieprzyjemna. Ale na dłuższą metę mamy święty spokój, rozwiązane problemy i dobre relacje z ludźmi...

Tylu ludzi już to powiedziało: szczęście jest z nas. Nie zależy od okoliczności, ale od równowagi wewnętrznej, zgody na siebie, bliskich relacji i doceniania tego co się ma. A te akurat punkty każdy może zrealizować, bo zależą prawie wyłącznie od nas.

Szczęścia nie znajdziemy w chemii, bo go tam nie ma. W butelce, tabletce, papierosie, skręcie siedzi bomba zegarowa z mocno opóźnionym zapłonem. Z początku tylko przybiera kuszącą postać dobrej wróżki. To na pewno nie jest dobra wróżka... to diabeł z piekła rodem...

Najgorsze, ze z początku nie słucha się innych, którzy ostrzegają. Wróżka oczarowuje i zaślepia... Zrzuca maskę gdy jest już późno. Czasem za późno...

A szczęście jest takie proste...


piątek, 05 września 2014

Wczorajszy dzień był dla mnie bardzo trudny i dziwny. Radość, żeby nie powiedzieć euforia z nowego projektu, którego częścią będę przez jesień, dobre samopoczucie (typowo kobiece) po dwóch akcjach podrywczych na mieście (swoją drogą ciekawe co to jest, że takie powodzenie mam dopiero jako matrona w średnim wieku :P) pomieszało się z goryczą, rozżaleniem, smutkiem. Wczoraj dowiedziałam się pewnej oczywistej prawdy, że nie trafiam i nie będę trafiać do pewnych grup ludzi. Dowiedziałam się, że nie mam właściwych powiązań, nie jestem z Cieszyna. A to oznacza, że wcale mnie nie ma. Wczoraj poczułam się również mocno odtrącona. To poczucie jak najbardziej subiektywne, ale zbudowane na faktach. I obawiam się, że to dopiero początek serii. Bo nowy początek, który wczoraj stał się faktem będzie oznaczał (jak się obawiam) utratę relacji, które uważałam za pewne, oczywiste i podtrzymujące na duchu...

Jestem z innego świata nie rozumiem wielu, oczywistych dla innych, spraw. Uważam, że nawet takie kwestie jak polityka i poglądy na kontrowersyjne problemy nie mogą dzielić ludzi. Zobaczcie co się dzieje np. w kampaniach wyborczych. Każda metoda dobra żeby zdystansować konkurencję. Ale co potem? Gdy kurz bitewny już opadnie pewnych relacji nie da się posklejać. Często padają słowa, sugestie i insynuacje, po których nie chce się już utrzymywać żadnych kontaktów. Czy władza albo poczucie, że moja racja jest "najmojsza" są tego warte? Jak potem  patrzeć w oczy komuś po kim się przejechało czołgiem tylko po to aby postawić na swoim?

Miłego dnia!

niedziela, 31 sierpnia 2014

Pierwotna idea tego dnia to wyszukanie w sieci nowych blogów wartych propagowania. Przyznam uczciwie, że nie przeszukuję sieci ostatnio w poszukiwaniu nowej lektury.

Ale chcę polecić 5 blogów, które mi towarzyszą i są warte propagowania wśród czytelników szukających dla siebie dobrych miejsc. Tylko 5 dlatego, że tak mówi tradycja - jednak w bocznej szpalcie znajdziecie znacznie więcej ciekawych miejsc, do których warto zaglądać. I wszystkie je polecam!

A teraz nominowana 5:

1) Co mi się nawinęło przed obiektyw - absolutnie cudowne zdjęcia (głównie macro)

2) Jeszcze nieraz zatańczę - słowo, muzyka i obraz - wszystko z najwyższej półki.

3) Blog leśniczego - cudowne wpisy o przyrodzie i wspaniałej pracy ludzi lasu

4) Talka pisze - po prostu warto poczytać. Mądre, z sensem, do przemyślenia

5) Marchevka - przygoda, podróże, przyroda. Wszystko najwyższej jakości!

Wszystkim blogerom składam życzenia sukcesów, spełnienia, wielu czytelników i weny twórczej :)) Dziękuję za wszystko!

sobota, 30 sierpnia 2014

Już miałam tego tekstu nie napisać. Już rezygnowałam. I oto w jednym z portali społecznościowych zobaczyłam dodane przez znajomego zdjęcie z jakiegoś miejsca publicznego w Krakowie, gdzie w toalecie jest napis "Miłym Gościom z obecnej stolicy przypominamy o możliwości umycia rąk". Jakbym w twarz obskoczyła... I dlatego jednak napiszę...

Możliwe, że to ja jestem przewrażliwiona i taki tekst jak wyżej nic nie znaczy. Ja jednak odebrałam to jak chęć poniżenia. Podobnie jak kiedyś odebrałam żart znajomego, który udostępniał dowcip o tym, że powódź jest dobrą wiadomością bo Warszawiaków wytopiło. Ha, ha. Napisałam wtedy, że jakoś się nie potrafię ubawić, bo w tej paskudnej Warszawie została choćby moja siostrzenica z maleńkim dzieckiem. Tak, wiem - z pewnością nie mam poczucia humoru. W ogóle w tej sytuacji i tej dzisiejszej dostrzegam niechęć do Warszawiaków (i nie przekonuje mnie twierdzenie, że to tylko żarty). A dyskusja o takich żartach sprowadza się do tego, że Warszawiacy są nadęci, niewychowani, skąpi i w ogóle okropni. No wypisz wymaluj - ja!

Dlaczego do tego tekstu przymierzałam się już wcześniej? Z dwóch powodów. Oto dwa dni temu głośno zrobiło się w lokalnych portalach o pewnym stowarzyszeniu. Nie tylko dzięki artykułom informacyjnym, które masowo pojawiły się w tym samym czasie. Uwagę mieszkańców naszego miasta zwrócił też ten tekst opisujący stowarzyszenie: Stowarzyszenie (...) zostało założone przez rodowitych mieszkańców miasta, dla których najważniejszą wartością jest właśnie Cieszyn i jego dobro." Na marginesie - właśnie odkryłam na stronie stowarzyszenia zmianę tej preambuły na taką: "Stowarzyszenie (...) zostało założone przez rodowitych mieszkańców Cieszyna, co nie znaczy, że miejsce w stowarzyszeniu jest zarezerwowane tylko dla nich." Ale w pierwszej chwili, gdy preambuła była jeszcze taka jak poprzednio rozgorzały dyskusje: co to znaczy rodowity cieszyniak, jak to wykazać i czy taki urodzony w szpitalu śląskim jest lepszy czy nie. Przyznam, że i mnie się zrobiło przykro i poczułam się gorsza. Poczułam, że te 10 lat ścisłego związku z Cieszynem nie jest jednak najistotniejsze i ani promocja miasta, jaką staram się robić, ani codzienna praca na rzecz mieszkańców miasta nie jest aż tak istotna jak to, że nie jestem stela. Pierwszy raz poczułam, że stela nie jestem. I bardzo mnie to dotknęło. Bo ja kocham Cieszyn, czuję się tu jak u siebie, robię wszystko aby to miasto rozkwitło. Jestem cieszynianką!

Tak, stanowczo kocham Cieszyn!


I jeszcze jeden powód tego tekstu. Kilka dni temu trafiłam na artykuł o "słoikach". O pogardliwej nazwie nadanej przyjezdnym mieszkańcom Warszawy, którzy na weekendy czy z okazji świąt jadą do domu po wałówkę czy w ogóle ludziom nie ze stolicy. Pod artykułem rozgorzał spór o to kim jest "słoik" - czy to w ogóle jest termin obraźliwy i o to dlaczego istnieje. Ano ludność z innych miejscowości śmieci, płaci podatki u siebie i nie umie się zachować. Jednym słowem zasłużyli sobie na "słoika" i koniec.

W tym wszystkim widzę wspólny mianownik, możliwe, że nie we wszystkich przypadkach trafnie - niechęć do obcych (z określonej lokalizacji lub w ogóle) lub/i poczucie wyższości wobec innych. Odrzuca mnie to. Nie podoba mi się poniżanie kogokolwiek z jakiegokolwiek powodu - w tym przypadku z powodu miejsca zamieszkania / pochodzenia. 

Ja dostaję z każdej strony: w Krakowie jestem prostaczką, która nie umie umyć rąk, w reszcie kraju bogatą, nadętą snobką, u siebie obcą, nie stela (no i z miasta, które należałoby zatopić). Gdybym jeszcze pojechała do rodziny w odwiedziny to jest szansa, że i "słoikiem" bym zarobiła. I tak się dzieje dopóki jestem symbolem - kobietą pochodzącą z Warszawy. Ale mnie - żywej jednostce nikt nigdy nie dał mi odczuć, że mam umyć ręce, wynosić się do siebie itp. Ba, twardzi górnicy i inne chłopiska stela dają się "naprawiać"...

To może pamiętamy, że za każdym symbolem i statystycznym obiektem żartów stoją ludzie, a stereotypy często mogą zagrozić podjęciu dialogu i dostrzeżeniu tego człowieczeństwa. I nie poniżajmy innych ludzi. Nawet jeśli poczujemy się lepiej. To będzie gorzkie lepiej i lepiej na krótką metę. Jeśli nie z powodów moralnych to ze zdrowej obawy przed spiralą wyzwisk, wzajemnej niechęci i brakiem porozumienia.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Powoli wracam do żywych po krótkiej acz gwałtownej niedyspozycji żołądkowej. Została mi już tylko pewna słabość, ale aż rwę się do pisania. Miałam napisać tę notkę zaraz po poprzedniej, bo natchnęła mnie dyskusja jaka się wywiązała po niej. Ale nie dałam razy przez ostatnie dwa dni już niczego pisać. Nadrobię to sobie teraz.

Dyskusja według słownika języka polskiego to ustna lub pisemna wymiana zdań na jakiś temat mająca prowadzić do wspólnych wniosków. W tym jednak przypadku moja definicja tego słowa będzie bliższa tej z wikipedii:

"jeden ze sposobów wymiany poglądów na określony temat, opartych na argumentach, prowadzona w gronie dwóch lub więcej osób. Dyskusja może mieć formę ustną  lub pisemną. W wyniku dyskusji dochodzi do ścierania się różnych poglądów związanych z różnymi punktami widzenia osób prowadzących dyskusję. Określenie zbieżnego (wspólnego) stanowiska, o ile do tego dojdzie, może mieć formę kompromisu lub konsensusu".

Tytułowa apostazja z poprzedniej notki jest tematem kontrowersyjnym wywołującym silne emocje. Ludzie często zajmują wobec niej skrajne postawy (podobnie jak w przypadku innych tematów: aborcji, eutanazji, kary śmierci itp.). Jestem dumna, że rozmowa pod poprzednią notką przyjęła taki kształt jaki przyjęła. Z pewnym wyjątkiem. Ale to i dobrze, bo łatwiej mi będzie napisać o co walczę od lat. Mianowicie uważam, że każdy pogląd nawet skrajny można wyrazić w odpowiedniej formie posiłkując się argumentami. Natomiast źle jest jeśli człowiek będący pewny swojej racji zaczyna używać obraźliwych epitetów. Bo personalny atak lub atak na kogoś / coś istotnego dla innej osoby wywołuje niemal z automatu chęć rewanżu, wyzwala silne emocje, powoduje, że rozmowa przybiera formę walki. Uważam też, że nic nie usprawiedliwia używania obraźliwych epitetów np. uogólniających wszystkich z danej grupy. Dlaczego? Bo zazwyczaj w każdej grupie są i dobrze i źli, mądrzy i głupi, wysocy i niscy - zgodnie z rozkładem normalnym (Gaussa) ze statystyki matematycznej. A więc w każdej grupie zawodowej będzie odrobina czystych jak śnieg ludzi, troszkę więcej dobrych z drobnymi wykroczeniami, dużo ludzi przeciętnych, którzy są dobrze, ale i mają za uszami, mało występnych z przebłyskami dobra i odrobina zepsutych do szpiku kości. Nie wiem czy mi ten przykład wyszedł (jest się do czego przyczepić) ale myślę, że mnie rozumiecie.

Wracając zaś do dyskusji - silne emocje nie są najlepszym doradcą. Wiem na własnej skórze i Wy wiecie, bo zdarza mi się reagować impulsywnie na coś co wydaje mi się, że zostało napisane. Ale mozolnie uczę się nie reagować natychmiast. I to przynosi skutek. Staram się jak mogę posługiwać prawdziwymi argumentami bez obrażania personalnie rozmówcy czy też innych osób, które mogą być ważne dla rozmówcy.

Ograniczam ekspresję? Tłumię instynkty? Powinnam mieć gdzieś uczucia innych skoro uważam, że mam rację? Ja uważam, że nie. Po dyskusji nadal chcę mieć dobre relacje z uprzednimi dyskutantami, nie chcę więc obrażać ani ich ani bliskich im idei czy ludzi. I chcę także już po całej zawierusze, ot choćby tu na blogu, nadal móc patrzeć sobie w oczy gdy zmywam wieczorem makijaż. Nie chcę unikać patrzenia sobie w oczy. 

Jestem dumna z rozmów jakie tu prowadzimy. Nawet ta o apostazji była przykładem wręcz salonowej wymiany zdań w porównaniu do innych portali, blogów, komentarzy pod artykułami. Pielęgnujmy to bo to wartość. Rozmawiajmy ze sobą pokazując jak się różnimy, jak inaczej widzimy świat. Stwórzmy jak najwięcej miejsc, gdzie ludzi się łączy a nie dzieli. Możemy się lubić mając przeciwne zdanie na apostazję, politykę i inne takie kontrowersyjne sprawy. 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Staram się nie zabierać głosu w sprawach religijnych, gdyż mnie nie dotyczą osobiście. Ale coś mnie ruszyło i czuję się dziwnie. Pragnę zatem podzielić się przemyśleniami licząc na to, że ktoś mi mądrze wyjaśni o co tu chodzi.

Przeczytałam dziś artykuł, który mówi o tym iż sąd przyznał rację proboszczowi parafii, w której aktu apostazji chciał dokonać pewna kobieta. Sąd uznał, że GIODO (Główny Inspektor Danych Osobowych) nie ma prawa wnikać w sprawę ani naciskać na proboszcza. Pani nie dostosowała się do właściwych w Kościele Katolickim procedur i jej apostazja nie doszła do skutku. Kropka. Na logikę to jest O'k. Są procedury, jeśli chce coś załatwić to trzeba dopełnić formalności.

Ale formalności są trudne do wypełnienia. Dla wielu ludzi wręcz niemożliwe. Trzeba bowiem udać się do parafii chrztu po jego odpis, potem do parafii zamieszkania z tym odpisem, z aktem apostazji i w towarzystwie dwóch świadków. Proboszcz parafii zamieszkania podpisuje akt apostazji i wysyła go do kurii biskupiej. Kuria nakazuje w parafii chrztu odnotowanie w księgach aktu apostazji. Teraz już tylko idzie się po odpis chrztu z dopiskiem o apostazji. 

Gdybym chciała dokonać tego aktu najeździłabym się między Warszawą a Cieszynem. Są jednak pewne osoby, które twierdzą, że mimo dopełnienia procedur z ksiąg wykreśleni nie zostali.

Zastanawiam się czy tak być powinno. Po pierwsze sakrament chrztu nie jest aktem woli osoby zainteresowanej. Ona nic o nim nie wiedziała mając kilka tygodni czy miesięcy. Po drugie czy procedura występowania powinna być uciążliwa i trudna dla osób przewlekle chorych czy mieszkających daleko od miejsca swojego chrztu (odpisu nie da się dostać listownie niestety). Po trzecie wreszcie czy Kościół ma prawo przechowywać dane osoby, która tego nie chce? Po czwarte do czego mają służyć świadkowie w sprawie tak intymnej i delikatnej?

Innymi słowy: osoba, która świadomie nie wstępowała do organizacji, ma dużą trudność z wystąpieniem, a informacja o tym, że członkiem była zostanie w księgach parafialnych na wieki wieków. Czy tak powinno być?

Co Wy o tym sądzicie?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41
Napisz do Missjonash Page Rank Check