Menu

Okiem obserwatora

Blog o problematyce społecznej i o Cieszynie. Z przerywnikami fotograficznymi przyrodniczymi i krajobrazowymi.

Bo pójdziesz do pani psycholog...

missjonash

Na początek muszę się wytłumaczyć ze swojego milczenia. Po świętach miałam na tyle dużo pracy normalnym rytmem, prac dodatkowych, załatwiania orzeczenia o kształceniu specjalnym dla Zajączka, własnych lekarzy i innych niespodzianek, że nie miałam czasu absolutnie na nic więcej. Zdjęcia robiłam przy okazji chodzenie czy jeżdżenia w różne miejsca. No i zaczęłam zmieniać perspektywę. Bo któregoś dnia jeden z moich Zajączków powiedział: "tata jest lepszy bo ciebie ciągle nie ma, a on jest". Wobec powyższego zaczęłam tak zmieniać godziny i dni pracy aby jak najwięcej spędzać z Zajączkami i mężem.

***

Przy okazji załatwiania różnych badań, orzeczeń itp. dowiedziałam się od dwóch pań psycholog, z którymi mam do czynienia, że bardzo często spotykają się z sytuacją gdy rodzice straszą dzieci wizytą u psychologa. Mówią: jak będziesz niegrzeczny pójdziesz do pani Kasi/Zosi/Małgosi albo po prostu do pani psycholog. Praca terapeutyczna z takim dzieckiem wydaje się w tym momencie skazana na porażkę, a przynajmniej jest trudna. A myślałam już, że nastawienie ludzi się zmienia, że pomoc psychologa jest traktowana jako dobro a nie kara. Osobiście stosuję odwrotność (choć nie do końca to dobre) i mówię Zajączkowi, że jak będzie niegrzeczny to nie pójdzie do pani psycholog :)) Robi to na nim piorunujące wrażenie, bo lubi tam chodzić i lubi panią psycholog, która z nim pracuje. Przekonałam się, że to jednak większa rzadkość niż myślałam, a nastawienie dziecka wynika wprost z nastawienia rodziców i tego co mówią w domu przy dziecku. Pamiętam jak w naszym przedszkolu pani dyrektor mówiła mi, że nawet jeśli delikatnie zwraca uwagę rodzica na celowość zasięgnięcia porady specjalistów większość rodziców reaguje gniewem i stwierdzeniem, że nigdzie nie pójdą, bo ich dziecko jest normalne. Mija kilka lat i nagle dziecko trafia do kogoś takiego jak ja. Bo jeśli na poziomie 4, 5 czy 6 lat pewne deficyty można łatwo (lub ciężką pracą) ale zniwelować, to później jest coraz ciężej. A dziecko łatwo może odkryć w starszym wieku czym można "leczyć swoje trudności". Problemy z nadruchliwością, trudności z koncentracją, stresy z życia rodzinnego można bowiem "rozwiązywać" pijąc alkohol lub paląc marihuanę. Dość często bowiem (choć nie zawsze) zachowanie dziecka wynika z tego co dzieje się w domu. Najpowszechniejszą przyczyną nadruchliwości, agresji albo odwrotnie wycofania i lęków jest nadużywanie alkoholu w domu rodzinnym dziecka (nie zapominajmy, że dobrze ponad 3,5 miliona Polaków ma z tym problem. Innymi przyczynami mogą być: przemoc domowa jako taka, nerwowa atmosfera w domu z powodu konfliktów małżeńskich, kłopoty finansowe itp. Po dziecku to widać. I może właśnie dlatego część osób unika przyznania, że w moim domu nie dzieje się najlepiej. Może ktoś będzie chciał w to wnikać. Ale unikanie przynajmniej diagnozy nie jest dobrym rozwiązaniem... Zawsze to może być pierwszy krok do uzyskania pomocy dla całej rodziny.

Moja Pasja

missjonash

Jestem przekonana, że każdy słyszał o historii procesu, śmierci i zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu. Każdy. I wierzący i niewierzący. I niezależnie czy ktoś wierzy w autentyczność tych wydarzeń czy nie, chyba zgodzi sie ze mną, że historia ta opisuje akt niezwykłej miłości - poświęcenia swojego życia dla odkupienia rodzaju ludzkiego. Dla mnie to najpiękniejsza opowieść na świecie. Jezusowi nic nie zostało zaoszczędzone: ani paniczny strach, ani wątpliwości w swoją misję, ani zdrada przyjaciela, ani upokorzenia, wystawienie na widok publiczny, tortury fizyczne, lżenie,... Nie zrezygnował, bo wiedział, że przez jego czyn ludzie dostąpią odkupienia. Bo kochał ludzkość.

Wobec powyższego bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy zachowują się, w okresie Wielkanocy i w ogóle w życiu, kierując się życzliwością do ludzi. To czas rozważania wzajemnej miłości oraz czas odradzania się przyrody. Czas radosny i twórczy (no może u nas z tym odradzaniem się życia to lekko nawala bo śnieg leży, ale w domyśle mamy trawę, bazie i piękne kwiaty). Dziękuje każdemu kto postępuje właśnie z miłością i życzliwością. Bo dziś przekonałam się, że w wielu ludzi jakby diabeł wstępował przy zdobywaniu produktów do konsumpcji. Są opryskliwi, niecierpliwi, niegrzeczni... Chyba nie o to chodzi w tym okresie...

Każdemu z Was życzę przyjaciół tak kochających jak Jezus z Nazaretu, życzliwości wokół, czasu do refleksji i zadumy, radosnej i rodzinnej atmosfery i dużo zdrowia. Dziękuję za to, że ze mną jesteście.

Wesołego Alleluja!

Pisankablog

Leczenie po polsku

missjonash

Hmmm. Jakby tu powiedzieć. Postanowiłam jednak zająć się moim kręgosłupem na poważnie skoro zrzucenie 8 kilogramów na razie nie przyniosło żadnych efektów (przeciwbólowych, bo inne efekty przyniosło zdecydowanie :)). Wybrałam się do lekarza rodzinnego i od mojej cudownej pani doktor dostałam skierowania do neurologa, chirurga - traumatologa i na RTG kręgosłupa. Nieśmiało powlekłam się do niepublicznego miejsca w którym wykonuje się wszystkie takie radiologiczne badania. Miałam w planach tylko zamówić sobie miejsce. A tu niespodzianka: pani kazała mi usiąść i po 10 minutach RTG miałam zrobione. Rzecz działa się w zeszłym tygodniu więc wyniki już mam. Opis nic mi nie mówi poza tym, że najlepiej to jednak nie jest.

I na tym koniec pozytywnych niespodzianek. Postanowiłam się pozapisywać do tych lekarzy. Do chirurga udało mi sie dostać termin na czerwiec. Ale z neurologiem już tak prosto nie ma: mam wizytę na 2 grudnia!!! Zaczęłam się zastanawiać o co tu chodzi i w przepływie fantazji zadzwoniłam do informacji NFZ gdzie mogę się dostać najszybciej. Jest taki telefon i polecam do używania. Otóż z najbliższych miast pan podyktował mi 6 przychodni w Jastrzębiu Zdroju. Zadzwoniłam do losowo wybranej a pani w rejestracji mi na to (w zeszły czwartek): "Proszę przyjść w poniedziałek na 9.00". Ożeż!!! 

Po jeszcze głębszym namyśle zadzwoniłam do rzecznika praw pacjenta w szpitalu śląskim i pytam o co chodzi. Dlaczego u nas termin na grudzień, a 25 kilometrów dalej na za 2 dni robocze. Ale ani pani rzecznik, ani nikt inny mi tego nie wyjaśnił satysfakcjonująco. Dziś pani w rejestracji w poradniach spacjalistycznych (dostarczałam skierowanie) zapoznała mnie ze swoją teorią - to ponoć wina pacjentów bo nie chcą jeździć do innych miast tylko upierają się chodzić do lekarza w Cieszynie. Hmmmm.

Mnie się widzi, że w Cieszynie kontrakt jest niewspółmierny do potrzeb, a w Jastrzębiu idealnie dostosowany do ilości i potrzeb pacjentów.

Do neurologa pójdę sobie prywatnie, a co! Niestety wycieczki do Jastrzębia Zdroju są utrudnione logistycznie. A jakbym tam zaczęła to wszelkie badania też u nich. Odpada.

Tak więc kręgosłup boli, bo zwyrodnienie musi boleć, bo mam przewężenia i sklerotyczne coś tam na kręgach. Chodzę dalej i nawet zdjęcia pstrykam. A co tam...

056a31315Pani kopciuszek

103a31315

Pan zięba :)

Tajemnica

missjonash

Niby wiem dlaczego tak się dzieje, ale w zetknięciu z tym zjawiskiem ciągle jednak czuję się zdumiona. Wydawałoby się, że tyle się zmieniło w postrzeganiu uzależnienia od alkoholu, że coraz więcej osób wie, że to choroba, że korzystanie z pomocy w związku z nią w rodzinie już tak nie zawstydza. Nic bardziej mylnego.

Niemal każdego dnia spotykam się z taką sytuacją: nastolatek przywleczony w związku ze złapaniem go z narkotykami (lub w podobnej sytuacji) rozmawia ze mną, a potem (albo wcześniej) rozmawiam z rodzicem, który go przyprowadził. Najczęściej jedna z tych osób mówi mi o tym, że ktoś z członków rodziny nadużywa alkoholu. A druga starannie to ukrywa mówiąc, że "nie, skąd znowu, nikt w rodzinie nie używa alkoholu ani innych substancji zmieniających nastrój". Ostatnio miałam takie dwa kontrastowe zdarzenia: najpierw mama opowiadająca o różnych problemach rodzinnych i małżeńskich (ale bez jakichkolwiek odniesień do alkoholu) a zaraz potem nastolatek mówiący, że tata pije, gdy sobie przypomni o jego istnieniu to wyzywa np. telefonicznie, obraża i poniewiera. A w następnej kolejności znowu para: mama opowiada o nadużywaniu alkoholu przez męża, o tym, że jest przekonana  jego uzależnieniu, a zaraz potem nastolatek mówiący, że w domu jest wszystko w porządku, są co prawda niesnaski z tatą na różnym tle, ale środków psychoaktywnych w domu nie ma (wiedział o co pytam i że alkohol też w to wchodzi). Osoby, które zatajają popijanie lub poważniejszy problem są niespokojne, napięte, unikają wzroku... Widać po nich wstyd. Uzależnienie męża czy ojca (albo matki) jest traktowane jak wstydliwy sekret i coś co mogłoby umniejszyć tego kto to ujawnił w oczach rozmówcy. 

A przecież to nie ich wstyd!!! Te wulgarne, agresywne, złośliwe zachowania to problem i powód do wstydu dla osoby chorej. Na marginesie: ani przemoc ani obsceniczne zachowanie nie jest objawem uzależnienia, nie ma więc co zwalać na alkohol i chorobę swoich zachowań.

Powtarzam z całą mocą: to co robi Twój partner, to co robi Twoje dorosłe czy też nastoletnie dziecko, to co robi Twój rodzic w związku z przyjmowaniem substancji psychoaktywnych (narkotyków w tym alkoholu) nie jest Twoim zachowaniem. Nie musisz tego ukrywać! Nie szukaj winy w sobie! To ulubiona taktyka osoby uzależnionej: zwalić winę za swoje brewerie na otoczenie. To nie Twoja wina. Masz prawo mówić komu chcesz i co chcesz. Milczenie nie pomaga. Są osoby, które możesz obdarzyć zaufaniem i znaleźć wsparcie. Tajemnica sprzyja rozwojowi choroby u uzależnionego i coraz większym problemom emocjonalnym osób z otoczenia uzależnionego. Osoba chora chce zmusić wszystkich do ukrywania jego przypadłości np. posługując się szantażem: jeśli powiesz mojej mamie to ona dostanie zawału i umrze. Spotkałam się ostatnio z taką sytuacją. Synowa w końcu powiedziała teściowej co się dzieje w domu. Teściowa żyje i wzięła się ostro za syna.

A ma koniec: picie kobiet nie jest ani trochę bardziej makabryczne od picia mężczyzn. Mężowie alkoholiczek i ich dzieci ukrywają picie ukochanej kobiety jeszcze skrzętniej. Wstyd jest jeszcze silniejszy. Pokutuje mit: przyzwoita kobieta się nie uzależnia. Nie prawda!!! Uzależnienie jako takie nie ma nic wspólnego z moralnością. 

Nie ogarniam (po staremu: nie pojmuję)

missjonash

Wczoraj zetknęłam się z dziwnym zjawiskiem. Zostałam wieczorem ze smutkiem. Rano zaś dostałam kolejnego kopa. I tak się zastanawiam : po co to jest? Bo nie ogarniam...

Zrobię dziś coś czego część blogsfery nie lubi. Ale trudno. Odniosę się do innej notki i komentarzy na innym blogu. Wczoraj z wielką przykrością czytałam kolejne komentarze krytykujące innych blogerów. Jednego za pisanie staropolskim językiem, który według krytyków jest kompletnie niezrozumiały. Potem padły i inne epitety. Inny bloger został potraktowany z buta właściwie nie wiem za co i po co. Za to, że puszcza bąki? Znaczy nudny jest? To co pisze śmierdzi? Nie wiem... Dostało się też całej pewnej społeczności. Krytyk uważał, że ma prawo krytykować jak lubi, bo pisząc publicznie wystawiamy się pod osąd społeczny. Prawda! Ale od wczoraj dźwięczy mi w głowie: po co? Czy to czysta niechęć? Czy jakieś nieznane mi wzajemne zaszłości? Bo jaki ma sens atakować blogera za niezrozumiały język... Jeśli ktoś jest dla mnie niezrozumiały, trudny, niemiły to znikam i pa. I może będę teraz to ja będę niemiła, ale dodam: "Wolnoć Tomku w swoim domku". Jeśli Wachmistrz chce pisać po staropolsku to niech sobie pisze. Jego prawo, jego blog, jego życie... Niektórzy czytelnicy nie wrócą, niektórzy się pomęczą czytając, ale będą ciekawi treści a niektórzy w ogóle są zachwyceni. Takie życie. Taka sytuacja. 

Dziś rano druga sytuacja: czytałam sobie artykuł o tatuażach. A pod artykułem? O matuchno! Dziesiątki ludzi postanowiło podzielić się swoimi przemyśleniami na temat ludzi z tatuażem (tatuażami). Wysłano m. in. mnie (bo mam tatuaż) do psychiatry, do psychologa, do czubków. Stwierdzono, że jesteśmy ohydni, obrzydliwi, odrażający, śmieszni, wstrętni... no i głupi, bo przecież to przemijająca moda, a my głupki nie zdajemy sobie z tego sprawy. 

Pytanie jest takie: co komu przeszkadza styl pisania na blogu, tatuaż na ciele, przynależność do takiego a nie innego blogowiska. Czy czymś krzywdzimy, czy zmuszamy nieszczęśników do bywania na blogu czy oglądania naszego ciała. Dlaczego tak łatwo dajemy sobie prawo do oceniania, krytykowania (niekonstruktywnego), wyszydzania, mieszania z błotem. Bawi nas to? Leczymy kompleksy? O co chodzi? Nie ogarniam. Nie rozumiem... 

Nie lepiej jest szukać dobrych stron, doceniać jasne aspekty rzeczywistości, chwalić ludzi za to co dobre? A jeśli już krytykować to coś co można zmienić. Nie sztuka kogoś obryzgać błotem, sztuką jest pokazanie jak ma się poprawić (o ile to możliwe).

Jakby co to już wiem, że jestem egzaltowana, próżna, pyszna, śmieszna, labilna emocjonalnie i przewrażliwiona... a i moralizuję za dużo. Tego m. in. dowiedziałam się o sobie prowadząc bloga. Zgodnie z zalecaniami krytyków i komentatorów pracuję nad sobą. 

124a1315

Memento mori...

© Okiem obserwatora
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci