Menu

Okiem obserwatora

Blog o problematyce społecznej i o Cieszynie. Z przerywnikami fotograficznymi przyrodniczymi i krajobrazowymi.

Wszystko

#Ja też

missjonash

Zastanawiałam się czy napisać ten tekst. Rzadko zdarza mi się brać udział w łańcuszkach i tego rodzaju hasztagowych akcjach, ale uznałam, że warto. 

Gdy wypływa temat molestowania seksualnego sprawa jest kwitowana kilkoma stwierdzeniami (najczęstszymi): "nie znasz się na żartach", "no coś ty, to komplement był", "feministki coś wymyślają", "powinna się cieszyć, że molestował - znaczy ma powodzenie". Słyszeliście, prawda? Albo, że o co chodzi w końcu się zgodziła du..ą zarabiać (o modelkach, aktorkach, piosenkarkach, które były molestowane seksualnie np. przez reżysera, producenta itp....). Też słyszeliście? W związku z aferą z Harvey'em Weinstein'em jedna z molestowanych przez niego aktorek  rozpoczęła akcję internetową z hasztagiem #metoo (po polsku #jatez). Zaproponowała aby pokazać światu, nie tyle, że problem istnieje, ale jego olbrzymią skalę. Co więcej nie dotyczy tylko kobiet (choć tych jest zdecydowana większość), dotyczy również molestowanych lub zgwałconych mężczyzn... Oni też odważają się dodać historie z tym hasztagiem. Sama poznałam kilka historii, w których mężczyzna był molestowany seksualnie i przeżywał to tak samo paskudnie jak ja. A oto moje historie:

Miałam jakieś 11 lat kiedy kolega mojej mamy z pracy (na oko lat ze 60) gdy przechodziłam korytarzem położył dłonie na moich piersiach i powiedział "pączkują już, co"? Chyba pierwszy raz w ogóle o tym komuś mówię (piszę). Przez całe lata to wydarzenie wydawało mi się tak wstrętne, brudne i nie do pomyślenia, że nawet by mi przez gardło nie przeszło poskarżyć się komukolwiek. Nawet do tej pory mnie dławi ze wstrętu...

Gdy miałam 17 - 23 lata pracowałam w wakacje w piekarni, lubiłam tę pracę, ale była jedna rzecz, której nie cierpiałam. Te wszystkie obleśne, oślizgłe komentarze seksualne. To stamtąd zapamiętałam: "Aśkę to bym zerżnął na workach"... To tam panowie myśleli, że mają prawo klepnąć i dotknąć bez pytania o zgodę. A burzyć się znaczyło być jakimś dzikusem, przecież to takie naturalne. Przecież to komplement...

W pracy zawodowej też mi się przydarzyła wesoła przygoda. Była do tego stopnia wesoła, że wyparłam ją skutecznie na całe lata z pamięci. Będąc pracownikiem socjalnym i wychodząc już z domu klienta, w korytarzu przy drzwiach wyjściowych pan postanowił dać upust swojej fantazji: objął mnie i pocałował w szyję. Całą ta sytuacja była tak koszmarna, łącznie z idącym po ścianie karaluchem, że całkowicie wymazałam to zdarzenie z pamięci na jakieś 10 lat. A teraz, gdy o tym myślę to całą się trzęsę. Nie da się wytłumaczyć komuś jak wstrętna jest taka ingerencja w cudzą intymność... Myślę, że starczy przykładów. Znalazło by się więcej, ale nie o to chodzi. A jeśli mnie jedną spotkało to wielokroć to aż boję się zastanawiać co z innymi kobietami...

#metoo #jateż #jatez 

Przemiana

missjonash

Kiedy w życiu osoby uzależnionej następuje koniec świata i można już tylko zapić (zaćpać) się na śmierć lub zrezygnować z dotychczasowego życia, zaczyna się przemiana (nie u każdego). Stopniowa przemiana jest warunkiem utrzymania stabilnej i długotrwałej abstynencji (czystości).

Na początku jest słowo abstynencja (czystość) czyli rezygnacja z używania substancji psychoaktywnej, od której dany człowiek jest uzależniony. Etapy dochodzenia do siebie (stan odstawienia, euforia z bycia trzeźwym, faza zniechęcenia i stagnacji oraz faza oswajania się z normalnością) zazwyczaj trwają około roku. Potem Ośrodkowy Układ Nerwowy jest już w dużo lepszym stanie, stan zdrowia powraca zazwyczaj do normy, emocje są ustabilizowane. Piszę tu oczywiście o modelowym przypadku dochodzenia do zdrowia u osoby, której zależy na trzeźwieniu. Ale to nie koniec.

To jest dopiero pierwsza faza przemiany. Na tym etapie człowiek zaczyna poznawać siebie. Poznaje również swoje ograniczenia. Bo niestety nie jest tak jak chciałoby to widzieć wielu coachów i trenerów rozwoju osobistego, że zawsze możemy osiągnąć dowolne marzenie, że wystarczy tylko chcieć i wierzyć :) Nie zawsze jest to takie proste. Są osoby, które doznały traum na tak wczesnym etapie rozwoju, że nie są w stanie (niezależnie od ilości przebytych terapii) stać się osobami wewnątrzsterownymi, budującymi poczucie własnej wartości na przekonaniu o własnych kompetencjach. Nie każdemu powtarzanie do lustra "jestem piękna" pozwoli w to uwierzyć. Są ludzie, którzy będą zawsze czuć się dobrze tylko wtedy, gdy usłyszą to od bliskich. Czy należy zatem rwać włosy z głowy? I dokopywać sobie, że musi być ze mną coś dodatkowo nie tak skoro nie potrafię uwierzyć w mantry. Uważam, że znajomość własnych ograniczeń bardzo ułatwia sprawę. Świadomość "dlaczego" to pierwszy krok do dalszych przemian i zaakceptowania siebie razem z niedoskonałościami. 

Niektórzy ludzie zatrzymują przemianę. Pozornie wszystko jest ok, jest zachowania mechaniczna abstynencja od alkoholu czy narkotyków, ale nie ma spodziewanych efektów w postaci wzrastającej samoświadomości i satysfakcji z życia. Opowiem dwa sytuacje;

1) Dawno, dawno temu chodził do mnie pewien przemiły chłopaczek (celowo piszę zdrobniale, bo i wyglądał na dużo młodszego niż był i był bardzo drobniutki. Używał narkotyków. Nic nie wynikło z naszych spotkań i kiedyś zniknął. Pewnego pięknego dnia stałam sobie na przystanku autobusowym. Obok mnie chodził nerwowo tam i z powrotem młody człowiek. Potężny, wyćwiczony na siłowni. I z napięciem rysującym się na twarzy. Właściwie poznałam go tylko po oczach, które się nie zmieniły. Coś go wyraźnie nurtowało. W końcu zrobił ostatni manewr, wyrzucił nonszalancko papierosa do studzienki kanalizacyjnej i zatrzymał się z impetem przede mną. "My się chyba znamy". Powiedziałam, że tak, znamy się i wymieniłam jego imię. "Pani mnie jeszcze pamięta? Po trzech latach?"... Dziwne, ale pamiętam ich wszystkich... Zaczęliśmy rozmawiać. Przechwalał się, że przestał ćpać... Ale po chwili rozmowy bardzo posmutniał i powiedział "ale zacząłem za dużo pić"...

2) Pewien nastolatek trafił do mnie po ośrodku terapeutycznym. Po zebraniu solidnego wywiadu, po wielu spotkaniach zrozumiałam, że niczego nie zmienił, że wszystko jest tak jakby dalej brał. Ale z różnych przyczyn wykluczone było używanie przez niego narkotyków i alkoholu. Tryb życia też niby ok. Ale absolutnie żadnych głodów i wszystko takie dziwne... Nurtowało mnie to długo, aż w końcu powiedział, że pije ponad 1,5 litra energetyków dziennie...

Przemiana nie nastąpi jeśli nie zmieni się system rozładowywania i wyrażania emocji, jeśli będą się zmieniać tylko substancje czy czynności wykonywane kompulsywnie. Koniecznymi warunkami trwałej przemiany (według mnie) są: zbudowanie silnych i wspierających relacji z dobrymi ludźmi (naprawa relacji rodzinnych i bliskie przyjaźnie), znalezienie pasji, która nada życiu sens i będzie zdrowym zamiennikiem środków psychoaktywnych, zdrowy tryb życia. Do tego autoanaliza stanów emocjonalnych i adekwatne reagowanie na pojawiające się uczucia, Wtedy możemy mówić o takiej prawdziwej przemianie :)

feniks1avatar

Magiczna moc słów

missjonash

Jak zwykle przeoczyłam kolejną rocznicę bloga. Tak około południa 13 lipca Missjonash skończyła 7 lat. Ale do rzeczy.

Opowiedziałam się po jednej ze stron konfliktu, jestem z protestującymi... Zależy mi jednak żeby to był protest pokojowy, hippisowski wręcz. Wiem, jestem pewna, że słowa mają moc, mogą zarazić szybciej niż wirus albo przynieść spokój i ukojenie równie błyskawicznie. Dajemy się nakręcać. Strona opowiadająca się za partią rządzącą składa się w dużej mierze z osób, które już nas oceniły, odczłowieczyły, uznały za wrogów: głupków lub sprzedawczyków. W oczach wielu ludzi jestem pewnie kanalią, zdrajcą, ubecką wdową czy jak to tam było... Łatwiej mnie, nas nie lubić, może nawet łatwiej będzie się w przyszłości szkolić w strzelaniu mając w wyobraźni nasze twarze tarczach strzeleckich. Oby nigdy do tego nie doszło...

A my co robimy? Tak, my bo biję się w piersi, że i jak tak mówię w gronie najbliższych (postaram się już tego nie robić). Mam zamiar nauczyć się mówić prezydent Andrzej Duda, a nie Adrian, długopis, marionetka. Tak wiem, nic szczególnie w tym złego, to nie wyzwiska, prawda? A jednak to taka inteligencka złośliwa jadowitość, może nawet poczucie wyższości? Nie chcę tak. To człowiek, który sprawuje urząd prezydenta, mój polityczny oponent. Tylko tyle. To prawnik, mąż, ojciec, zięć, szwagier. Gdy tak myślę nie czuję wyższości. Jest mi smutno, że mamy kompletnie odmienną wizję świata, ale go nie ośmieszam i nie odczłowieczam...

Jarosław Kaczyński nie jest wariatem, idiotą, furiatem, debilem, pojebem jak można usłyszeć niemal wszędzie dookoła. Jest politykiem, człowiekiem jednej idei, sprawnym (bardzo sprawnym) socjotechnikiem. Jak każdy z nas czasami nie panuje nad nerwami. Możliwe, że jest złym człowiekiem (nie wiem na pewno, bo go nie znam osobiście, mogę wnioskować tylko z tego co widzę w mediach). Sądząc z opisów jest troskliwym stryjecznym dziadkiem, osobą nieobytą w nowinkach technicznych, nie umie osobiście zadbać o siebie - inni robią to za niego i kocha zwierzęta (przynajmniej te domowe). Jest politycznym przeciwnikiem i sądząc po wypowiedziach, być może potraktowałby mnie jak wroga (takiego prawdziwego na śmierć i życie). Gdy poddajemy się silnej presji nazwania przeciwnika politycznego wrogiem, zaczynamy niemal automatycznie używać słów deprecjonujących oponenta. Robimy tym krzywdę sobie (nienawiść zmienia człowieka, wykrzywia, go, pozwala przekraczać kolejne granice i wyłączać kolejne hamulce), ale robimy też krzywdę innym. Oddalamy się od przyjaciół, członków rodziny, znajomych, którzy są z PiS czyli straty ponosimy i oni i my. No i używając bez zahamowań tych wszystkich stygmatyzujących słów krzywdzimy postronne osoby np. z upośledzeniem intelektualnym i schorzeniami psychicznymi.

Wiem, jak zawsze mi powiecie, że to ich wina, oni zaczęli, oni powinni przestać. Po którejkolwiek stronie byście nie stali (są tu - o ile jeszcze są - czytelnicy z obu stron barykady), uznacie, że to tamci są winni, to tamci mają przestać. W zakresie stanowionego prawa, tak, zgadzam się z Wami to tamci mają przestać, ale w jeśli chodzi o wypowiadane słowa i to jak podchodzimy do rozmówcy - oponenta mamy władzę być cyniczni, złośliwi, obraźliwi, nienawistni i napastliwi, albo merytoryczni, spokojni i życzliwi (dopóki nie musimy się bronić przed agresją i chamstwem). 

Dowiem się pewnie, że Soros mnie opłacił, stosuję socjotechnikę, że jestem idiotką, pięknoduchem lub symetrystką... No co mam zrobić, nie umiem inaczej. Będę na tych demonstracjach, ale nie usłyszycie ode mnie "Adrian podpisz", wolę: "wolność, równość, domokracja". Mam zamiar zadbać o własną higienę języka i dalsze praktykowanie zwyciężanie złej rzeczywistości dobrymi uczynkami. Pomożecie?

Antykoncepcja awaryjna w Czechach

missjonash

Oj dawno nie pisałam. Dziś za to temat na czasie.

Sejm przegłosował sprzedaż wszystkich środków hormonalnych na receptę, w tym tzw. antykoncepcji awaryjnej. W Polsce jedynym preparatem dostępnym bez recepty przez kilkanaście miesięcy był EllaOne. Tu ważna uwaga: wolę to zamieścić na początku, bo do końca postu nie wszyscy zostają. Ten preparat nie jest środkiem poronnym. Skład EllaOne jest tak skonstruowany, że nie dopuszcza do owulacji przez kilka dni, a tym samym redukuje możliwość zajścia w ciążę w przypadku niezabezpieczonego seksu. Jeśli jednak doszło do zapłodnienia nie szkodzi ciąży (tu link do ulotki). Skuteczność tym większa im szybciej od zapłodnienia połknie się pigułkę (maksymalnie 98%).

 lekarna1

Wiedząc już, że prawo Polskie zostało ponownie zmienione i jedyny dostępny dotychczas lek znowu będzie na receptę, z ciekawości weszłam do apteki w Czeskim Cieszynie (LÉKÁRNA AGEL Český Těšín - Hlavní třída 34). Zapytałam pani farmaceutki czy mogę kupić EllaOne. Dowiedziałam się, że może zostaćdla mnie zamówiona na dziś po południu. Zaczęłyśmy rozmawiać. Dowiedziałam się, że antykoncepcja awaryjna w Republice Czeskiej jest dostępna bez recepty stosunkowo niedawno (jeśli dobrze zrozumiałam 3 lata). Dostępne są trzy środki: EllaOne, Escapelle i jakiś trzeci środek, o którym pani powiedziała, że nie poleca i w ogóle nie ma o czym mówić (hmmm ciekawe dlaczego, ale jednak bariera językowa nie pozwoliła mi drążyć tematu dokładniej). Escapelle jest dostępne od ręki, w każdej chwili, gdyż trzeba je zażyć do 72 godzin po stosunku bez zabezpieczenia. Ten preparat działa trojako: nie dopuszcza do wydostania się komórki jajowej (opóźnia owulację), utrudnia zapłodnienie uwolnionej komórki oraz nie dopuszcza do zagnieżdżenia zapłodnionej komórki jajowej (link do ulotki tutaj). Skuteczność około 84%. Porozmawiałyśmy, że wcześniej w Czechach też trzeba było okazać dowód, że ma się powyżej 16 roku życia i sprzedać te preparaty mógł tylko magister farmacji. Dowiedziałam się również, że pacjentka otrzymuje informację o tym, że nie powinno się użyć takich środków w tym samym cyklu, a najlepiej nie częściej niż raz w roku. Pani powiedziała mi, że przed wprowadzeniem EllaOne bez recepty mieli dużo klientów z Polski i że teraz też spodziewają się zwiększenia obrotów tym asortymentem. Aha jeszcze kwestia ceny. Escapelle kosztuje w Czechach (przynajmniej w tej aptece) 465 koron czyli 73, 40 zł - w Polsce na receptę kosztuje od 35 do 65 zł. ElleOne w Czechach 500 koron czyli około 79 zł, a w Polsce około 100 zł.

Innymi słowy Polki mieszkające blisko niektórych granic Polski sobie poradzą, inne mające wiedzę i swobodny dostęp do internetu też dadzą radę zapobiec niezaplanowanej ciąży. Pozostałe muszą ewentualnie zdobyć receptę. I tu wszystko zależy od nastawienia lekarza...

 

Paradoks cierpienia

missjonash

Wczoraj przysłuchiwałam się wystąpieniom bardzo mądrych ludzi odnoście socjologicznego obrazu współczesnego nastoletniego użytkownika sieci. Najbardziej utkwiła mi informacja, że młodzi ludzie nie buntują się, nie walczą z systemem, nie stają na barykady. Jak im się coś nie podoba to "zlewają" to lub inaczej "mają wywalone na to" lub nawet "wyje..ne". Wierzę rzetelnym i długoletnim badaniom naukowym w tym zakresie. Mam jednak swoją refleksję. I jest ona co najmniej dziwaczna dla przeciętnego odbiorcy. 

Otóż od 5 lat pracuję z nastolatkami, spotkałam ich już setki i zdecydowanie najczęściej mam do czynienia z takimi, które przeżywają głębokie cierpienie, problemy życiowe i trudne emocje. Inna sprawa jak sobie radzą z bagażem doświadczeń, który wloką na plecach. Zdecydowanie najczęściej muszą się użerać z alkoholikiem w najbliższym otoczeniu (rodzic, dziadek, rodzeństwo lub inny członek rodziny mieszkający razem i zmieniający egzystencję w piekło), zaraz potem jest brak jednego rodzica i poczucie, że z jakichś przyczyn zostało odrzucone (nie zgadlibyście jak często nastolatki mówią tę samo frazę "ojciec mnie olał, nie widziałem go 5/ 7/ 10 lat") lub obojga rodziców (adopcja czy pobyt w rodzinie zastępczej), kolejne problemy to konflikty między rodzicami poważna choroba w rodzinie lub własna choroba (np. depresja) czy niepełnosprawność...

Oni nie mają wywalone na wszystko, nawet jeśli wyglądają na takich o wiele bardziej niż ich rówieśnicy. Przeżywają cierpienie i bunt. Czują się gorsi i odrzuceni. Każdy inaczej na to reaguje. Jedni szukają grupy rówieśniczej, która da akceptację i bliskość (a, że pali się tam trawę? Trudno, są ważniejsze rzeczy niż zagrożenie karą), inni starają się zwrócić na siebie uwagę aktami wandalizmu, zachowaniami agresywnymi i wrogością, jeszcze inni udają, że mają to wszystko gdzieś, kolejni uciekają najgłębiej jak się da w świat wirtualny... Ale niemal każdy ma o wiele głębsze życie emocjonalne i przemyślenia egzystencjonalne niż ich "bezproblemowi" rówieśnicy. Muszą o wiele więcej zastanawiać się nad sensem tego wszystkiego...

Nie są szczęśliwi, szukają przyjemności, która zagłuszy ból, ale jednocześnie nie są bezmyślni. Paradoks, nie? Ale to pokazuje starą prawdę o tym, że cierpienie ma swoje zalety, że jest potrzebne w życiu jak sól i pieprz w jedzeniu. Nie da się jeść cały czas tylko słodyczy...

Na marginesie: niesamowicie ciekawym zagadnieniem jest różnicą między zachowaniem pojedynczego nastolatka (nawet największego chahara) w okolicy, a grupą takich nastolatków. Wzmocnienia jakich sobie udzielają w grupie potrafią doprowadzić do tragedii już choćby dla popisu i niemożności wycofania się z jakichś niebezpiecznych zachowań bez utraty twarzy. Z jednym delikwentem niemal zawsze da się dogadać. 

Na koniec luźno związana z tematem opowieść. Muszę to napisać już choćby dla własnej autoterapii. Spotykam pewnego młodego człowieka (dorosły, ale młody), który sam o sobie mówi i myśli jako o największym bandycie w okolicy. Przeszedł w życiu bardzo dużo: biedę, alkoholizm w rodzinie, osamotnienie i pozostawienie samemu sobie. Robił wiele bardzo złych rzeczy, ma za sobą wyroki, stara się wyglądać na groźnego. Można się go bać. Ale ja się nie boję. Bo gdy z nim rozmawiam widzę tam w środku małego chłopca spragnionego miłości, troski i przede wszystkim zainteresowania. Wstyd mi za wszystkich tych, którzy doprowadzili do tego. Nie wiem na ile da się wyprostować zaburzenie wynikające z zaniedbań na etapie wczesnego rozwoju i zaburzenie osobowości. Pewnie niewiele. Ale chociaż chce sprawiać wrażenie osoby złej do szpiku kości, to zły nie jest. Nie jest też bezmyślny. Parę razy naprawdę mi zaimponował przemyśleniami socjologicznymi. 

 

© Okiem obserwatora
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci