Menu

Okiem obserwatora

Blog o problematyce społecznej i o Cieszynie. Z przerywnikami fotograficznymi przyrodniczymi i krajobrazowymi.

Uwodzenie pacjenta

missjonash

Nie, nie musicie zawiadamiać prokuratury :) Tylko tytuł musi być mocny i nośny, aby przykuł uwagę.

Dawno, dawno temu kiedy uczyłam się w szkole służb społecznych (czyli pracowników socjalnych) zapadła mi w pamięć taka myśl jednej z prowadzących zajęcia, że aby mówić ludziom o trudnych sprawach i motywować ich do trudnych zmian trzeba najpierw zdobyć ich szacunek i elementarną sympatię. Zapamiętałam to i po 17 latach pracy zawodowej mogę potwierdzić, że to działa. Nie wyobrażam sobie inaczej.

Teraz pracuję głownie z osobami uzależnionymi lub skierowanymi do mnie odgórnie (przez sąd rodzinny, kuratora lub pracownika socjalnego). Wyobraźmy sobie, że zaczynam konfrontować człowieka uzależnionego od alkoholu z jego mirażami i rozmontowywać jego mechanizmy obronne tak z marszu. Nie da rady. Walnie drzwiami i już nie wróci. Zwłaszcza osoby z podwójną diagnozą, z przeszłością nacechowaną przemocą i takie, które wiele złego w życiu uczyniły, żeby w ogóle rozmawiać o tym wszystkim muszą zaakceptować mnie w choćby najmniejszym stopniu. Ba, musimy zbudować silną więź. Wtedy mam niejako prawo stawiać lustro przed oczy, nazywać złe rzeczy po imieniu. Dopiero wtedy tak naprawdę usłyszę też prawdziwą historię bez minimalizowania i upiększeń. Trzeba czasu i wzajemnego poznania. Trzeba dużo czasu na wysłuchanie. Ostatnio pewien człowiek o bardzo trudnej przeszłości (i jeszcze trudniejszym charakterze) powiedział mi: "Wiesz dlaczego w ogóle z Tobą rozmawiałem? Bo mi niczego nie kazałaś, bo słuchałaś i pozwoliłaś na tematy rozmowy nieraz odległe od uzależnień. Bo miałem czas się oswoić i zaufać". 

Wyobraźmy sobie, że zaczynam się mądrzyć i diagnozować nastolatka, który został dostarczony bez swojej zgody na ingerencje w jego intymny świat. To w ogóle trwa długimi miesiącami. I nie zawsze się udaje. Zanim mi zaufają musi minąć wiele czasu. Takie prawdziwe zaufanie zdarza się nie często, ale za to efekty są spektakularne. Musimy się lubić i wierzyć, że nasz kontakt prowadzi do czegoś dobrego. A jak już się uda to praca rusza z kopyta. Mam na myśli teraz jeden taki przypadek. Nastoletnia osoba, która na pozór jest maksymalnie zbuntowana, "fochnięta" i pełna złości okazuje się być prawdziwym skarbem. Tak, tak poważnie! Poznałam pewnego nastolatka (celowo nie napiszę płci i innych cech umożliwiających rozpoznanie), który jest dla mnie wzorem prawdziwego człowieka przez duże C. Ale zanim się dowiedziałam, że ta osoba jest lojalna, odważna do granic bohaterstwa, troskliwa, wrażliwa, wierna, dobra, wytrwała, a przede wszystkim prawdomówna musiałam się wiele natrudzić. Pozory były zupełnie inne...

Pamiętam zdziwienie czytelników, że przejmuję się pacjentami, że przeżywam ich historie, że czasem bardzo dużo się od nich uczę. Wiele osób twierdziło tu, że przecież terapeuta powinien być neutralny... W innych szkołach psychoterapii z pewnością tak jest (np. w terapii psychodynamicznej). Ja tak bym nie potrafiła. Pracuję sobą. Pracuję częściowo jako wzorzec, częściowo jako trener czy nauczyciel i jako poszukiwacz ukrytych diamentów. Bo nadal wierzę, że każdy kto przede mną siada jest pełen klejnotów, które trzeba wydobyć i oprawić. Ale żeby się dokopać do diamentu trzeba najpierw "uwieść" pacjenta... Stąd tytuł dzisiejszych rozmyślań.

Suweren >

< Celnicy i nierządnice...

Wszystkie prawa zastrzeżone

Komentarze (5)

Dodaj komentarz
  • eva694

    Bardzo mądrze napisane :)
    Nie jestem psychoterapeutą, ale pedagogiem.
    I choć nie pracuję w zawodzie, mogę napisać dokładnie to samo.
    Trzeba być CZŁOWIEKIEM ażeby zobaczyć drugiego CZŁOWIEKA :)
    Trzeba dłuższej z kimś relacji, aniżeli pobieżnego poznania
    i wydania osądu.
    Czasami zastanawiam się gdyby to tak mnie "dostarczano"
    do pewnej obróbki, jak wielki opór bym stawiała?
    :) Pozdrawiam!

  • missjonash

    Witaj Evo :) Jak miło Cie gościć! Chciałam nawet dopisać, że to dotyczy wszystkich zawodów pomagacza, ale mi zjadło końcówkę i już dałam spokój :) Ale masz rację! Pozdrawiam serdecznie :)

  • Gość: [PKanalia] *.dynamic.chello.pl

    metaforę "uwieść" rzecz jasna pojmuję... oczywiście, że chodzi o to, by jakoś dotrzeć do klienta, by uwierzył, że chce mu się pomóc, a nie jest się kimś w rodzaju "funkcjonariuszem aparatu represji"... zwłaszcza dotyczy to klientów, którzy nie przyszli dobrowolnie, lecz pod urzędowym przymusem albo pod innym rodzajem nacisku, np. rodziny...
    /z tymi ostatnimi to już w ogóle bywa lepsza heca, bo czasem się okazuje, że większy problem ze sobą ma owa rodzina, niż klient, co miewam okazję zauważać podczas sesji rodzinnych/...
    wróćmy jednak do tematu... rzecz jasna jest to temat niesamowicie szeroki, bo każdy terapeuta jest inny, więc każdy musi wypracować swoją strategię tego "uwodzenia"... natomiast jedno jest pewne, że nie można przed klientem udawać kogoś, kim się nie jest... większość z nich to osoby bardzo wrażliwe i obdarzone dużym zmysłem obserwacji, więc wyczują najmniejszy fałsz, a wtedy cała robota jest do bani...
    tu przypomnę wspomnienia Marka Kotańskiego /książeczka "I ty zaraziłeś ich narkomanią"/, który próbując nawiązać pierwsze kontakty sam się pierwszy zwierzył swoim podopiecznym ze swojej bezradności w pracy z nimi... i tym sposobem ich "kupił", bo był w tym autentyczny i zaczęli go traktować poważnie...
    dochodzi jeszcze druga sprawa... wielu klientów tkwi w fałszywym poczuciu winy z powodu samego faktu używania /i nadużywania/ środków zmieniających świadomość, więc często do pierwszej rozmowy podchodzą jak do "przesłuchania" i to też jest pewna bariera, trzeba nieco trudu, by pojęli, że wcale nie o to chodzi, by ich rozliczać i oceniać...
    tu się pojawia kwestia owej "neutralności terapeutycznej", o której wspomniałaś... zostawiając na boku klasyfikacje na "szkoły terapii" i ich porównywanie, ujmę możliwie najprościej, nienaukowo, jak ja pojmuję tą neutralność... ano tak, że rolą terapeuty nie jest wspomniane rozliczanie i ocenianie... nie oznacza to jednak beznamiętności, obojętności, powstrzymywania się na siłę od spontanicznych reakcji na coś, co nam się podoba lub nie... bo to już grozi wpadnięciem w kanał nieautentyczności, a wtedy o zbudowaniu sensownej relacji, tej "więzi", o której wspomniałaś, można tylko pomarzyć...
    no, i najważniejsze słowo w Twoim tekście: "słuchanie"... przynajmniej mnie się wydaje ono w tej pracy najważniejsze... nie będę dalej rozwijał, bo intuicja mi podpowiada, że świetnie się w tej kwestii zgadzamy...
    pozdrawiać jzns :)...

  • danekstraszynski

    Ciekawe, czy masz pomysł na wyprowadzanie ludzi z sekty prezesa? Tak, to jest regularna sekta zgodnie z definicją. Nawet moi przyjaciele z dawnych lat, którzy w to
    padli, mówili do mnie "Ty tego nie rozumiesz. Jesteś odporny na prawdę. Jak możesz nie widzieć prawdziwego świata?..." Jakiekolwiek oczywiste argumenty odbijały się jak od ściany.

    Coś się jednak zmieniło. Ostatnio spotykam się z unikaniem rozmów o polityce. "Wiesz stary jest tyle ciekawych spraw. Co słychać u dzieci? Byłem na nartach w Austrii. Super. Mówię ci." itd. Zaczynają się wstydzić? Czy co?

    Czy masz doświadczenia z sektami? Wiem, że to jest bardzo trudna sprawa.

  • missjonash

    Pkanalio - marzę żebyśmy sobie mogli dłużej pogadać :) Widzę, że mnie rozumiesz. I masz oczywiście rację z tym, że trzeba być autentycznym, bo fałsz zostanie wychwycony. Staram się jak mogę. I neutralność rozumiana tak jak Ty to napisałeś mi pasuje - nie ocenianie człowieka, praca nad zmianą i pokazywanie złych czynów, a nie tego, że ktoś jest zły... tak, to mi pasuje :) Pozdrawiam serdecznie!

    Denku - kiedyś byłam bardzo, bardzo zaangażowana w politykę. Ba, byłam członkiem partii politycznej :) Ale teraz staram się raczej robić to co umiem najlepiej. Politycy stracili dla mnie wszystko co mogli stracić. Podchodzę do nich jak do innych ludzi - do każdego indywidualnie. Staram się nie dać zakopać całkowicie po jednej stronie i szukać mostów. To trudne. Nie, nie mam doświadczenia w pracy z członkami sekt. Ale zdaję sobie sprawę, że są osoby, z którymi nie da się racjonalnie rozmawiać. Obawiam się, że są po obu stronach barykady :) Najbardziej boję się dna konfrontacji i konieczności wyjścia do walki o poglądy. Oby nigdy nie nadszedł! Spokojnego wieczoru :)

© Okiem obserwatora
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci