Menu

Okiem obserwatora

Blog o problematyce społecznej i o Cieszynie. Z przerywnikami fotograficznymi przyrodniczymi i krajobrazowymi.

Pytanie

missjonash

Kilka dni temu zauważyłam w materiałach Fundacji Dzieci Niczyje pytanie: "Jak to możliwe, że rodzice nie wiedzą, że ich nastoletnie dziecko tnie się od roku". Też zadaję sobie to pytanie. I o wiele więcej innych: Jak to możliwe, że rodzice nie wiedzą, że dziecko jest regularnie pijane (niepełne 16 lat)? Jak to możliwe że dają się nabrać na bajeczkę o wypiciu jednego piwa, gdy dziecko jest prawie nieprzytomne po wypiciu morza wódki? Jak to możliwe, że dziecko chce opowiadać o swoich problemach sercowych / szkolnych / egzystencjonalnych obcej babie, a z rodzicami milczy jak zaklęte? Rozumiem bunt, rozumiem obsesję na punkcie, że oto moja rodzina jest inna i dziwaczna i rozumiem, że grupa rówieśnicza jest najważniejsza, bo to wynika z psychologii rozwojowej, ale nie rozumiem tej całkowitej obcości.

Wiele razy doświadczam wrażenia, że rodzice i dzieci działają na zasadzie milczącej umowy "nie chcę wiedzieć co robisz". Łatwo byłoby zrobić test na obecność THC w moczu, ale z niezbadanych przyczyn go nie robią. Nie chcą wiedzieć... I te powroty cichutko prosto do swojego pokoju. Niby słychać, że wymiotuje, ale jednak zostańmy przy przekonaniu, że to zatrucie pokarmowe. Choć przecież, gdyby takie przekonanie było szczere i silne, żadna siła nie powstrzymałaby rodzica przed wyjściem ze swojego pokoju zamiast nasłuchiwania zza drzwi.

Wielokrotnie widzę potrzebę terapii rodzinnej, albo terapii uzależnienia jednego z  rodziców, aby w ogóle można było mówić o pracy z dzieckiem. Najczęściej słyszę odmowę. Mam naprawić nastolatka i nie wnikać czemu się popsuł. Ale to nie działa. Tak naprawdę powinnam dać sobie spokój z jakąkolwiek pracą z takim dzieckiem. Ale nie mam sumienia. Bo stosunkowo często chcą się spotykać, potrzebują aby ich ktoś słuchał bez wrzasku, bez cichych dni. To trochę taka praca na zasadzie redukcji szkód. Bo o terapii w takiej sytuacji trudno mówić.

Sposób na podryw :)) >

< Do trzech razy sztuka :))

Wszystkie prawa zastrzeżone

Komentarze (15)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Marchevka] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Zaburzenia więzi...?
    Żadne problemy nie pojawiają się z dnia na dzień.

  • tetryk56

    Dziedziczenie więzi?
    Nasi rodzice budowali socjalizm albo po prostu próbowali się - i nas - utrzymać w trudnych czasach, nie mieli specjalnie kiedy rozwijać więzi międzypokoleniowych - one po prostu miały być. Następne pokolenie złapało szansę na dorobienie się - dla dobra dzieci, rzecz jasna! - tym bardziej je odstawiając, że sami dawali sobie jakoś radę. I nie wiedzieć czemu coś się wali...

  • Gość: [tatul] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Dzisiaj w TV słyszałem informację o samookaleczaniu się wśród młodzieży i przy okazji o tym, że takie dziaranie wynika z potrzeby rozładowania napięcia i stresu. Badacze odnotowują jakiś narastający lęk przed życiem, a dodatkowo w tej grupie wiekowej odkryto aż 50 proc. wskaźnik ludzi nieszczęśliwych i aż 1/3 przypadków braku rozmów z rodzicami. Zatrważające. Nie potrafię znaleźć recepty bez generalizowania i wchodzenia na niebezpieczne i drażliwe pole etyka - religia

  • almetyna

    Mam wrażenie, że rodziny w ogóle "lubią niczego nie widzieć". To co opisujesz stale się słyszy w związku z molestowaniem dzieci przez tatusiów, dziadków i wujków, gdy mamusie niczego nie zauważały.

  • nudniejszy

    Bo to chyba nie jest takie proste, wychować dzieci tak żeby z problemami przychodziły do rodziców. Jedna rzecz to rodzice którzy się dziećmi mało interesują (może poza zapewnieniem im dóbr materialnych). Ale co najmniej równie często bywa tak że dużo wymagają, karzą - i dziecko woli się do pewnych rzeczy nie przyznawać, jeżeli myśli że to jego wina. Z drugiej strony, zupełnie bez dyscypliny wychować dziecka też się nie da.

  • Gość: [Piotr Opolski] *.internetia.net.pl

    .............tak trochę na marginesie;
    Wszystkie dzieci sa nasze ?! - czyli więzi więziami ale i państwo miało pieczę i w wielu kwestiach redukowało decyzje rodziny do zera.
    Dziecko wychowuja rodzice i oni więdza lepiej co dla dziecka dobre ?!;
    Dziecko może chodzic na j. angielski, na fortepian, balet itp a l;e jako 6-cio latek jest za głupi na szkołę. Strajki rodziców, bo wiedzą lepiej.
    Komentarz na Twoja notke brzmi: POMIDOR !
    Pozdrawiam

  • taniatoja

    Miiss, ważny i przyznam, że bieżący dla mnie problem poruszyłaś. Na szczęście moich nastolatek takie problemy (na razie przynajmniej) nie dotyczą, ale oczywiście obserwuję różne sytuacje u znajomych, czy w szkole więc temat nie jest mi całkiem obcy.
    Zacznę nawiązując do końcówki Twojego wpisu. Oczywiście, że za jakimś patologicznym zachowaniem dziecka, często stoi zła kondycja całej rodziny, więc żeby pomóc dzieciakowi trzeba by "ruszyć" cały system. Nie jest to jednak jak piszesz łatwe, bo często rodzice nie chcą po po prostu przy obcych "prać swoich brudów".
    cdn...

  • taniatoja

    To, co najbardziej mnie jednak w całej tej sprawie przeraża, to to, że faktycznie zagonieni, zapracowani dziś często rodzice, po prostu odpuszczają sobie relacje z własnymi dziećmii! Nie mając czasu chociażby na rozmowę nie nawiązują ze swoją pociechą żadnej bliskiej więzi i potem dzieciak gdy w coś np. "wdepnie" może nie czuć zwyczajnie potrzeby, żeby przyjść i powiedzmy mamie się pozwierzać. To jest nie do pomyślenia, ale dziś tak w wielu rodzinach sytuacja wygląda: rodzice wracają z pracy włączają telewizję, dziecko siada przed komputerem, nikt go nawet nie zapyta co słychać, jak w szkole no i rodzi się obcość i obojętność. Tego w wieku nastu lat po prostu nie da się już nadrobić- za późno! Dziecko, które miało zdrowe relacje w rodzinie, nawet kiedy przyjdzie czas buntu, większego wpływu środowiska pozostanie może w mniejszym stopniu ale otwarte i będzie mu można wtedy w porę pomóc.
    No, ale trzeba przede wszystkim znaleźć dla dziecka czas, być rzeczywiście ciekawym "co u niego" i na co dzień budować tą więź bliskości, która kiedyś gdy będzie chociażby przez rówieśników odciągany w złą stron, może okazać się bezcenna.

  • missjonash

    Marchevko - ano nie pojawiają się z dnia na dzień...

    Tetryku - masz dużo racji. Dlatego czasem warto się zatrzymać i zapytać siebie czy innych co jest ważne.

    Tatulu - ano zatrważające. Mnie boli to, ze często mówią mi o takich sprawach, o których nigdy nie powiedzieliby członkom rodziny. A przecież powinni opowiadać to właśnie najbliższym...

    Almetyno - w sprawie pedofilii stosunkowo często faktycznie sprawca potrafi się ukrywać i umiejętnie zastraszyć ofiarę, a stosunkowo często z różnych przyczyn członkowie rodziny wolą milczeć.

    Nudniejszy - masz rację. Najtrudniejsza sztuka to wyważyć wyciąganie konsekwencji i stawianie granic z miłością i bliskością no i ciekawością spraw własnego dziecka.

    Potrze - nie dam się już wciągnąć w dyskusję o 6 latkach. Mam swoje zdanie - odmienne od Twojego i już. A notka jest o dzieciach 13 +. Pozdrawiam wzajemnie.

    Taniu - to co mnie najbardziej przeraża, że w imię swoich lęków, utrzymania status quo itp. rodzice wolą krzywdzić dziecko niż dokonać zmian. Oczywiście ci obojętni rodzice nie są wcale największą grupą. Druga duża grupa to nadopiekuńczy i nadmiernie kontrolujący. No i zawsze jest dyżurny alkoholizm w rodzinie :((

  • Gość: [tuv] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    ale tu naprawdę TRUDNO znaleźć złoty środek.
    Ja się starałam ,gadałam,rozmawialam,byłam obecna ale dawałam fory,nie byłam nadopiekuńcza ( w moim mniemaniu - jednak jak porównywalam z innymi matkami to okazywało sięze ja WOGLE nie kontroluję dziecka...)
    Uważalam że można mówić wszystko i bez opierdalania i ...............zaliczyłam jazdę bez trzymanki BO TAK.
    W młodej glowie tak się kotłuje że trudno przewidzieć reakcję.
    I tak naprawdę - to łatwiej zdecydowanie opowiadać OBCEJ osobie niż rodzinie.
    Bo OBCA jest daleko, nie widzi codzienności,a rodzina no cóż,z pewnymi rzeczami mierzy się na co dzień....

  • missjonash

    Tuv - z pewnością. Ja się spotykam ze skrajnościami. A okres dojrzewania to piekło w pigułce... Mnie to też czeka. Zobaczymy jak będzie.

  • tetryk56

    Opowiadając obcemu o swoich wstydliwych problemach, mamy w perspektywie rychłe rozstanie, przez domniemanie - na zawsze. Gdy tą samą opowieścią uraczymy kogoś bliskiego, kto nie zniknie z naszego życia zaraz potem, obawiamy się, że potem każde jego spojrzenie będzie nam o tym wstydzie przypominało, wręcz będziemy się doszukiwać tego wyrzutu w każdym jego spojrzeniu.
    O naprawdę ciężkich sprawach można opowiedzieć tylko komuś BARDZO bliskiemu, albo obcemu. Aż taka bliskość z rodzicami to bardzo rzadka sprawa, nawet w bardzo dobrych rodzinach. A może zwłaszcza w nich?

  • missjonash

    Pewnie masz rację Tetryku. Ja jednak pamiętam, że zwierzałam się głównie mamie i jednej przyjaciółce. Nie obawiałam się ich spojrzeń potem. Dziś miałam trudną rozmowę z jednym chłopcem. Właściwie to nawet z dwoma na ten sam temat. Wychodzi na to, że słyszą jedynie krytykę i wrzask gdy coś jest źle. Gdy jest neutralnie lub dobrze nie słyszę nic. I wiem od obu mam, ze tak jest faktycznie bo one same się tego wstydzą. Ale nic nie zmieniają. To jak mieliby ci chłopcy zwierzyć się z problemów? Usłyszeliby kolejny wrzask...

  • tetryk56

    Miss, pozazdrościć zatem bliskości i wzajemnego zaufania!
    A przykład, który podajesz, wcale nie jest oryginalny - sam znam podobne przypadki, może w nieco mniejszym nasileniu...

  • missjonash

    Wiesz co Tetryku? Jak się tak zastanowić to z tymi zwierzeniami jest jeszcze jedna istotna sprawa. To także zależy od tego czy ktoś jest otwarty na ludzi mimo ryzyka, ze zostanie zraniony, czy bardziej skryty. U mnie to także wynikało z tego, że zawsze byłam otwarta i skłonna do dzielenia się uczuciami, planami, przemyśleniami, ryzykując, że ktoś tego nadużyje. W tym zakresie ludzie też się różnią.

Dodaj komentarz

© Okiem obserwatora
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci